Elżbieta Czerwińska – autorzy, przede wszystkim autorzy

Elżbieta Czerwińska – autorzy, przede wszystkim autorzy

Przegląd

„Istota dobrego wydawnictwa pozostała ta sama: Autorzy, przede wszystkim Autorzy. Wszystko inne można wziąć w leasing”.
„Na pewno nie chciałabym być himalaistką, ale bardzo lubię osiągać trudne cele. W zasadzie im trudniej, tym lepiej. Nie lubię łatwizny”.
Rozmowa z Elżbietą Czerwińską z wydawnictwa Sic!
 
WW: Skąd się wziął pomysł na nazwę wydawnictwa – Sic!?
 
EC: Nazwa Sic! – łacińskie „tak, właśnie tak” zrodziła się spontanicznie. Oczywiście było to nawiązanie do funkcji w jakiej pojawia się to słowo – uwag umieszczanych w tekście po zacytowanym wyrazie, ale w zasadzie pociągnęła nas wówczas pewna spontaniczność tego określenia. No i oczywiście chciałyśmy od początku, żeby nasze wydawnictwo było zauważone, cytowane, wyodrębniane. Kiedy w 1993 roku, w związku z pierwszą naszą książką „Rosyjski romans” Meira Shaleva pojawiła się w prasie, w „Gazecie Wyborczej” nazwa naszego wydawnictwa, to opatrzono ją podtytułem „Drei Fraeun Verlag” i zrozumiałyśmy wówczas, że to chwyciło.
 
WW: Czy łatwo zarządzać wydawnictwem nie mając wykształcenia ekonomicznego, marketingowego?
 
EC: Kiedy Jakub Mortkowicz i Henryk Lindenfeld kupili w 1902 roku warszawską księgarnię Gustawa Centnerszwera , wkrótce przekształcili ją w dobrze prosperujące wydawnictwo. W dwudziestoleciu międzywojennym u Mortkowicza wydawali swoje książki najwybitniejsi poeci i prozaicy. Publikował u niego m.in. Stefan Żeromski (wydawca płacił mu zaliczkowo miesięczną pensję), Jan Kasprowicz, Bronisława Ostrowska, Julian Tuwim, Bolesław Leśmian, Antoni Słonimski, Jan Lechoń. Po wojnie wydawnictwo Mortkowicza, kierowane wówczas przez jego żonę, rozpoczęło swoją działalność w Krakowie wydawaniem „Martwej pogody” Leopolda Staffa. Nikt już nie pamięta, że Mortkowicz dla ratowania interesu popełnił samobójstwo (Leśmian na przykład, który ciągle żądał zaliczek, nie był dobrze sprzedającym się autorem). Wydawnictwo Mortkowicza było wydawnictwem Autorów. Oczywiście jest nam łatwiej z perspektywy czasu to oceniać, ale istota dobrego wydawnictwa pozostała ta sama: Autorzy, przede wszystkim Autorzy. Wszystko inne można wziąć w leasing.
 
WW: Można powiedzieć, że jest Pani ekspertem w wydawaniu humanistyki. Jak na przestrzeni lat kształtuje się popyt na tego typu literaturę? Jaka jest konkurencja w tym segmencie rynku?
 
EC: Kiedy w 1997 roku wspólnie z Renatą Lis zaczęłyśmy wydawać humanistykę, nie wiedziałyśmy, że stanie się ona wizytówką wydawnictwa. Założenie serii Stanowiska/Interpretacje było proste: wyciągnąć najlepszych polskich humanistów z uniwersyteckich opłotków i nadać humanistyce szeroki, promocyjny oddech. Nie przewidywałyśmy, że pierwsza z tej serii książka, „Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś” Marii Janion (4.5 tysiąca nakładu) skończy się takim sukcesem. Jest to pozycja do dzisiaj poszukiwana przez czytelników i można ją obecnie przeczytać w Internecie. Na spotkanie z Marią Janion, inaugurujące humanistykę w Sic! przyszło tak wiele osób, że nie mieścili się w salach Księgarni Naukowej im. B. Prusa. Przyszedł ” sam kwiat inteligencji polskiej”, jak ktoś dowcipnie zauważył dodając, „przyszedł, i nie zginął”. I może właśnie o to chodziło, aby nie zginęła refleksja humanistyczna o czasach, w których żyjemy. A później przyszli historycy: Janusz Tazbir z fundamentalną książką „Polska, na zakrętach dziejów” (10 tys. egzemplarzy, niemieckie wydanie), Tomasz Szarota, Ryszard Przybylski, Marek Bieńczyk, Małgorzata Baranowska, Jerzy Jedlicki, Zygmunt Bauman. Autorzy współgrający ze społeczną i egzystencjalną tkanką naszego życia. Dlatego ich książki to były i są zawsze wydarzenia. Mamy poczucie, że dopiero teraz dociera w pełni do czytelników nasza oferta. Ostatnie targi majowe książki potwierdziły nasze poczucie: prawie 300% zysku w stosunku do kosztów wystawienniczych. A wracając do konkurencji, to konkurencją dla dobrej książki jest zawsze inna dobra książka. Obserwuję pracę innych wydawnictw: „Znaku”. „Słowa, Obrazu”, „Uniwersitasu”. Są na pewno w ich ofercie książki, które można by wydać. Konkurencja w segmencie humanistyki jest duża, ale inna jest sytuacja wydawnictw komercyjnych, a inna wydawnictw żyjący z subwencji. Staramy się liczyć przede wszystkim na swoje rozpoznanie rynku, jaka książka jest potrzebna i dlatego staramy się wydawać tylko książki konieczne. Nie mamy za sobą 40 lat istnienia, jak „Znak”, czy szerokiego systemu dotacji jak „Uniwersitas”, który jest stowarzyszeniem autorów i wydawców prac naukowych. Miarą społecznego uznania dla naszej pracy jest zaproponowana przez Fundację im. Stefana Batorego współpraca przy wydawaniu i promocji ważnych tematów. Na jesieni wydajemy wspólnie książkę Susan Rose-Ackerman „Korupcja i rządy” – pierwszą tego typu, tak dogłębną książkę na rynku polskim. Autorka przyjedzie w listopadzie do Polski i już w tej chwili uzyskaliśmy szerokie poparcie mediów dla tej bezprecedensowej inicjatywy.
 
WW: Największa klęska i największy sukces wydawniczy?
 
E.C :Zawsze klęską kończyły się nasze potyczki z kulturą masową. Kiedy wydałyśmy amerykańską, popularną monografię o Monroe, zakończyło się to totalnym niepowodzeniem. Natomiast literatura wartościowa, kierowana do czytelnika znudzonego czytadłami, zawsze jakoś wraca, nawet po latach. Tak jest na przykład z „Pianistką” Elfride Jelinek, na podstawie której nakręcono film nagrodzony na tegorocznym festiwalu filmowy w Cannes. Austryjacka powieść przechodzi teraz drugie życie. Niewątpliwie dobrze wspominamy tempo sprzedaży „Polski na zakrętach dziejów” Janusza Tazbira – 10tys. sprzedanych egzemplarzy, często za gotówkę. Z książek ostatniego roku niewątpliwe wyróżnia się sprzedaż „Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi” Marii Janion ( nakład 2.5 tys egz., dodruk po trzech miesiącach), Tomasza Szaroty „U progu Zagłady”, czy Jacka Żakowskiego „Mroczne wnętrza” ( sprzedanych ponad 4.000 egz.). Dobrą dynamikę sprzedaży ma też książka Jean Baudrillarda „Przed końcem”, w tłumaczeniu i opracowaniu Renaty Lis. Tego francuskiego socjologa i filozofa nasze wydawnictwo jako pierwsze wprowadziło na książkowy rok. Opublikowana w 1998 roku „Ameryka” Baudrillarda – również w przekładzie Renaty Lis, która zainicjowała wydawanie tego pisarza w Polsce i decyduje o tym, które dzieło tego pisarza trafia do polskiego czytelnika – zostanie na jesieni wznowiona. Książkom Sic! generalnie bardzo dobrze służą nagrody. Przypomnę tylko, że w tym roku, podobnie jak i w roku ubiegłym, Sic! miał trzy nominacje do literackiej nagrody NIKE. Trzy nominacje, to jest 20 procent zeszłorocznych nowości!
 
WW: Który z kanałów dystrybucji sprawdza się najlepiej w przypadku książek Sic!?
 
EC: Zwyczajowo nasze książki dobrze sprzedają dobre księgarnie, te, które umiały rozpoznać swojego klienta , których oferta nie jest adresowana do wszystkich, czyli do nikogo. Wymienię tylko niektóre z nich: Księgarnia „Prusa”, prowadzona żelazną ręką Haliny Tymoszczuk, „Odeon”, który umiał stworzyć dobry klimat dla książki, księgarnia MDM w Warszawie, w Poznaniu operatywna i nowoczesna „Kapitałka”, w Krakowie nowa księgarnia „Haiku”, księgarnia z promocyjnym pomysłem. Bardzo dobrze nam się współpracuje z Akademią Klon, której prezes Jerzy Wagner, historyk z wykształcenia (pracę magisterską bronił u prof. Janusza Tazbira), świetnie rozumie ofertę swojej hurtowni. Dobrze sobie radzi z naszymi książkami Matras-Katowice. Coraz lepiej sprzedaje nasze książki „Azymut” – prawdziwy, operujący nowoczesnymi narzędziami, system dystrybucji. I oby on przetrwał i rozwijał się nadal na naszym rynku.
 
WW: Gdyby miała Pani zaczynać dzisiaj, to czy zdecydowałaby się Pani na stworzenie wydawnictwa o podobnym profilu czy też innym? A może byłaby to całkiem inna działalność… ?
 
EC: Myślę, że to jest trochę jak z posiadaniem dzieci – dobrze nie być do końca świadomym. Jestem przekonana, że formuła naszego wydawnictwa jest optymalna i wyważona. Natomiast koszty dojścia do tego poziomu, były i są nadal bardzo duże. Myślę o wysiłku i stałym napięcie, o odpowiedzialności za ludzką energię. Niedawno w telefonicznej rozmowie Karol Modzelewski zapytał mnie, czy mam coś wspólnego z Anną Czerwińską. Odpowiedziałam mu, śmiejąc się, że właściwie chyba tak. Na pewno nie chciałabym być himalaistką, ale bardzo lubię osiągać trudne cele. W zasadzie im trudniej, tym lepiej. Nie lubię łatwizny.
 
WW: Z jakimi problemami boryka się obecnie wydawnictwo?
 
E.C.: W zasadzie stoimy teraz przed problemem własnego rozwoju. Jest on coraz większy ( do czerwca 2001 roku osiągnęłyśmy obrót roku ubiegłego, nie zwiększając liczby wydawanych tytułów), a pracujemy w tym samym, małym zespole. Spływają do nas znakomite książki i robi się tłoczno. W tej chwili przygotowujemy wielką „Leśmian. Encyklopedię” Jarosława Marka Rymkiewicza, książkę, która może służyć co najmniej jednemu pokoleniu. Udźwignięcie tego typu książki, byłoby jeszcze rok temu niemożliwe. Oczywiście są problemy ogólne, wynikające z kondycji branży. W tej chwili stworzyła się sytuacja, kiedy wydawcy zaczynają aktywnie tworzyć standardy dla swojej działalności, wciągając we współpracę księgarzy i dystrybutorów. Powstała sekcja wydawców przy PIK, który też przeobraża się na naszych oczach w ambitną i profesjonalną reprezentację środowisk związanych z książką.
 
WW: Jak chciałaby Pani aby wydawnictwo było postrzegane?
Istotę naszego wydawnictwa dobrze ujęła Joanna Szczęsna w swoim artykule „Pogodny profil wydawnictwa Sic!” opublikowanym w „Magazynie Gazety Wyborczej” : pokój z widokiem i dobrzy autorzy. Inaczej mówiąc perspektywa.
 
WW: Czy może Pani powiedzieć, że zawdzięcza komuś odniesiony sukces?
 
E.C: Sukces wydawnictwa Sic! jest sukcesem ludzi, którzy zechcieli w tych trudnych dla humanistycznej refleksji czasach kontynuować swoje dzieła. Jest sukcesem zespołu, który znalazł swoje miejsce. A tworzą go ludzie, którzy dobrze komunikują się z samymi sobą.
 
WW: Czy jest Pani przesądna?
Jestem przesądna w takim sensie, że nie bagatelizuję, a biorę pod uwagę swoje przesądy. Dociera do nas często ogólne poczucia jakiejś sytuacji, ludzkich zachowań, które przecież przemawiają do nas różnymi językami, często sprzecznymi z tym, co słyszą nasze uszy. Można to nazwać intuicją, zaufaniem do samego siebie. Ja nazywam to „oczami kota”. A są to zwierzęta dużo starsze od nas.
 
WW: Co robi Elżbieta Czerwińska, gdy kończy pracę w wydawnictwie?
 
EC: Podział na życie zawodowe i osobiste jest reliktem z czasów nowoczesnych. Nigdy nie ukrywałam, że stworzenie wydawnictwa jest moją pasją i chyba udaną sądząc z wywiadów, których ostatnio udzielam.
Dom jest miejscem, gdzie błyskawicznie się relaksuję i dochodzę do siebie. Bardzo lubię zajmować się kuchnią i gotować dla najbliższych. Mieszkam na Ursynowie i jestem zdecydowaną zwolenniczką tej dzielnicy. Jest tam najwięcej ścieżek rowerowych, a na rowerze bardzo lubimy jeździć. Lubię czytać poezję, bo nie zajmuje dużo czasu, a daje bardzo dużo do myślenia, oraz patrzeć na koty.
WaszWW: Jakie snuje Pani plany na przyszłość?
Chciałabym się nauczyć portugalskiego – a jest to zdobycz z ostatnich wakacji w Portugalia, Lisbona jest miastem nie podobnym do żadnych innych miast europejskich. Z planów na dalszą przyszłość – przenieść się do Europy.
 
 
 
 
ŻyciorysElżbieta CzerwińskaUrodziłam się w 1958 roku w Warszawie. Jestem spod znaku skorpiona. Od najmłodszych lat wpajano mi umiłowanie wolnego zawodu – mój ojciec był adwokatem, ale zanim adwokatem został był sędzią i pamiętam jak jeździłam z nim na rozprawy. Mój ojciec zakładał wówczas togę i sędziowski łańcuch. Podobno jako zupełnie mała dziewczynka uwielbiałam siedzieć pod sędziowskim stołem. To z powodu prawa mój ojciec opuścił wraz z rodziną Warszawę i pojechał tam, gdzie była praca. Ale Warszawa to było dla mnie coś więcej niż tylko miasto. To była też historia mojej rodziny – mój dziadek rewolucjonista, który zginął w Cytadeli, wujostwo i prowadzone przez nich restauracje, grrobowiec na Powązkach od 1870 roku. Dzieciństwo i czas do studiów spędziłam w Siedlcach. Od najmłodszych lat uczyłam się muzyki i gdy zdawałam maturę miałam poważny dylemat, czy nie iść dalej i nie wybrać muzykologii. Wybrałam polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. I w zasadzie myślałam, że będę uprawiać naukę. Obok literatury kształciłam się w zakresie filozofii i biblistyki. W sumie studiowałam przez siedem lata i jednym z ważniejszych dla mnie wydarzeń tamtego okresu było seminarium w stanie wojennym u profesora Ryszarda Przybylskiego, z którym mnie do dziś łączy głęboka przyjaźń. Po obronie pracy magisterskiej z zakresu antropologii romantycznej wyjechałam na dwa lata za granicę. Przebywałam w Paryżu. Od czasów studenckich uprawiałam krytykę literacką i eseistykę. Współpracowałam m.in. z „Ex Libirsem”, „Zeszytami Literackimi”, „Res Publicą”, „Więzią”, „Gazetą Wyborczą” i „Polskim Radiem”. Tuż przed 1989 rokiem uzyskałam stypendium Niezależnego Komitetu Nauki, kierowanego przez nieżyjącego już prof. Klemensa Szaniawskiego. Pracowałam wówczas nad twórczością myśliciela religijnego i wielkiego publicysty Karola Ludwika Konińskiego. Miałam otworzony przewód doktorski w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. To roczne stypendium dało mi bardzo wiele. Napisałam wówczas większą część pracy, której fragmenty ogłosiłam w „Zeszytach Literackich” i w „Ogrodzie”, ale po 1989 roku już do pracy naukowej nie wróciłam. Demokracja dawała nowe szanse rozwoju i działania. W 1993 roku powstało wydawnictwo Sic!, którego byłam jedną z trzech założycielek.. Prowadzę je z Renatą Lis. Lubię poznawać miejsca, w których jeszcze nie byłam. Ponadto wierzę, że koty przynoszą szczęście.
Kategorie: Wywiady

Skomentuj

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować.