…urodziłam się i jeszcze żyję….. Wywiad z Haliną Tymoszczuk

…urodziłam się i jeszcze żyję….. Wywiad z Haliną Tymoszczuk

Przegląd

Halina Tymoszczuk, urodzona 30 marca 1952 w Zdołbunowie na Wołyniu. W Warszawie prawie od zawsze, bo od 4 roku życia. Podstawówkę /na terenie byłego Pawiaka/ skończyłam, szkołę średnią też. A było to Technikum Ceramiczne w Warszawie. Świetna szkoła, cudowni nauczyciele, a z paroma kolegami do tej pory mam serdeczny kontakt. Nawet pracowałam w zawodzie ceramika przez trzy lata w podwarszawskim Tłuszczu. Nie święci garnki lepią ino garncarze. I ja też umiem wytoczyć garnek. W 1974 r moja koleżanko-sąsiadka, która po ukończeniu Technikum Księgarskiego pracowała w księgarni poinformowała mnie, że jest wolne miejsce u niej. Ponieważ zwolniłam się ze spółdzielni ceramicznej, bo nie wyrażono zgody na pójście na studia, chętnie przyszłam na rozmowę z Panem Witoldem Gamsem, ówczesnym kierownikiem …tak, tak… Głównej Księgarni Naukowej im. B.Prusa!!! Okazało się, że lepiej trafić nie mogłam. Zacna księgarnia i guru księgarstwa. Bo był to przedwojenny jeszcze księgarz /a takich paru jeszcze w latach 70-tych było w Warszawie/, który zaczynał terminować w Głównej Księgarni Wojskowej, tam gdzie i obecnie się ona znajduje. I tak pracuję na Krakowskim Przedmieściu 7 już… o raaaany!!! tydzień temu* minęło 29 lat. O kurczę, za rok trzydziestka…
Pracując w „Prusie” ukończyłam Policealną Szkołę Księgarską i Wydział Nauk Ekonomicznych w Uniwersytecie Warszawskim. Parę kursów i szkoleń księgarskich, menedżerskich, psychologicznych.
Halina Tymoszczuk w MKiDN po udekorowaniu Krzyżem Zasługi
WW: Długo trzeba było panią namawiać na ten wywiad. Czego się pani obawiała?
Halina Tymoszczuk: To nie obawa, to nieśmiałość i pokora. A ponieważ bardzo cenię i lubię Waszego Wirtualnego Wydawcę, niniejszym daję temu dowód.
WW: Prawie 30 lat w jednym miejscu, w tej samej księgarni, z tym samym rodzajem książek… Nigdy się pani nie nudziło?
HT: Nigdy. Mam szczęście robić to co lubię. A poza tym jak można się nudzić, kiedy codziennie nowe książki, nowi ludzie, nowe sprawy. Lubię wydawców i rozmowy z nimi. Lubię klientów. Lubię książki, których „rodzaj” uległ przecież znacznemu u nas rozszerzeniu, bowiem literatura piękna jest w „Prusie”…dopiero! od 10 lat. I najwyższy już czas wprowadzić coś nowego, ale o tym na razie cicho sza….niespodzianka będzie większa.
WW: Szczęśliwa kobieta! No ale może jednak jest coś, co panią czasami denerwuje, czego pani nie lubi: tytuły, które się nie ukazują od 30 lat, a klienci namiętnie o nie pytają, za małe (duże?) rabaty, Talibowie w Klewkach…
HT: Eeee tam, od razu szczęśliwa, ale zgodnie z Makarenkowskim hasłem w „Poemacie pedagogicznym”, aby nie narzekać, ja nie narzekam. Cóż to była za książka, po lekturze której robiło się i straszno i śmieszno. Mimo, że jestem zodiakalnym baranem, to byle co mnie nie denerwuje, chociaż impulsywna jestem, oj jestem, ale od lat również i pobłażliwa na ludzkie niedoskonałości. A nie lubię zawiści i głupoty. Od dawna nie denerwuje mnie już fakt, że od wielu lat mnóstwo tytułów nie jest wznawianych, a polecanych w lekturach studenckich, ot chociażby J. Szczepńskiego „Elementarne pojęcia socjologii”, wydane na początku lat 70-tych przez PWN. Pewnie nie można tego wydać, a szkoda. Co roku robimy listę takich tytułów i co roku niewiele z tego wynika. Druk na zamówienie, o którym coraz głośniej i częściej się mówi na pewno rozwiązałby sprawę braku książek poszukiwanych. Życie księgarza byłoby wówczas piękne. Sprawa rabatów księgarskich, to nie kwestia nerwów tylko być albo nie być. Dotychczasowy podział marży handlowej spowodował pauperyzację księgarń przy równoczesnym wzroście dochodów wydawców, jeśli wierzyć statystykom branżowym, a nie ma / ?! / powodu żeby nie wierzyć badaniom naszego rynku. Mimo minorowych nastrojów statystyki publikowane w rocznych analizach i umieszczane codziennie na stronach internetowych, wskazują na wzrost obrotów wydawców. No chyba, że te informacje obejmują tylko tych, którym się wiedzie.
A co do Talibów w Klewkach, to w Kuliku też ich nie ma. A na Pani pytanie co to jest Kulik odpowiem…. a co to są Klewki?
WW: Porozmawiajmy o pani gabinecie. Jakie ma wymiary?
HT: Gabinet to ja kiedyś i owszem widziałam, to był gabinet! Mahonie, sekretarki. A mój pokoik jest mały, ale do pracy doskonały. Wymiary jego, to… zaraz zmierzę… 3,5 m x 5 m z wysokością 3 m daje ponad 52 metry sześcienne. Sporo, bo mieści się biurko z komputerem, telefonem i szklaną kulą, regał na książki i parę segregatorów, 2 twarde krzesła i miękka kanapka. Na ścianach wiszą dyplomy, grafika i według zaleceń feng shui rybki z papieru zwisają z sufitu.
WW: Który z elementów wystroju jest najważniejszy?
HT: Hmmmm… Ja.?! A tak poważnie, to potrzebne mi jest biurko i krzesło, na którym zasiadają wydawcy i dostawcy, dziennikarze i pisarze, goście rozmaici. Jeszcze komputer mi jest potrzebny i telefon i fax. Okazuje się, że nie mam niepotrzebnych rzeczy w „gabinecie” . Bo i dyplomy też są potrzebne, chociażby dla ozdoby. Ale tak naprawdę wielce sobie je cenię, bo wiem, że były dawane zasłużenie. I kula też mi potrzebna, bo skądś muszę brać swą wiedzę /ha, ha /.
WW: Dyplomów jest rzeczywiście sporo. Ile dokładnie i który ceni sobie pani najbardziej?
HT: Gdybym nie ceniła sobie wszystkich, to nie wisiałyby na ścianie. Najstarszy księgarnia otrzymała za…. „Wysoki poziom estetyczny oraz dobór tematyczny wydawnictw” z okazji konkursu witryn księgarskich podczas kongresu Związku Bojowników o Wolność i Demokrację w1969, a więc przed moim przyjściem do Prusa. Podejrzewam, że było to wówczas duże wyróżnienie, ale na szczęście za zajęcie dopiero 3-go miejsca. Ot taki sentymentalny akcencik. Dyplomów jest 15, więc wcale nie tak dużo. Ważna jest nominacja dla mnie do Ikara w jego pierwszej edycji w 1995. Tak, Ikara cenię sobie szczególnie. Ostatni jest Certyfikat rzeczoznawcy księgarskiego sprzed prawie 3 lat. Może jeszcze kiedyś zasłużymy na kolejny dowód uznania w ramkach…
Najważniejszym jednak uznaniem naszej pracy są klienci, tłumnie odwiedzający naszą księgarnię. Wiem, że to brzmi „patosowo”, ale naprawdę myślę tak ja i współpracownicy. Wszyscy w „Prusie” jesteśmy dla czytelnika i dla książki. Mam szczęście być w zespole, należącym do najlepszych w kraju.
WW: Czy feng szui to większa przygoda w pani życiu, czy tylko rybki z papieru w celach dekoracyjnych?
HT: Z feng shui, jest tak jak z czarnym kotem i z piątkiem trzynastego. Niby trzeba się wystrzegać, ale jak się lubi koty, to nie przeszkadzają nawet te, które przebiegną drogę, a w piątek trzynastego lubię załatwiać różne sprawy z przekonaniem, że wypadną pomyślnie. W feng shui zawarta jest mądrość i doświadczenie narodu japońskiego , więc nam też nie zawadzi ściągnąć co nieco z ich filozofii. A rybki są po prostu ładne.
WW: Jakie naczynia pani lepiła? Specjalizowała się pani w czymś?
HT: Trochę się nalepiłam, ale to było baaaardzo dawno, a były to garnki, wazony, doniczki… takie tam prawie cepeliowskie cudeńka. Była też ceramika brrr… elektrotechniczna.
Halina Tymoszczuk z przyjaciółkami
WW: Ma pani jeszcze jakieś inne zdolności artystyczne? Jakbym miała zgadywać, to powiedziałabym, że w wolnych chwilach haftuje pani…
HT: Ciekawe skąd te podejrzenia, całkiem zresztą trafne. Rzeczywiście umiem wyszywać, haftować, szydełkować ba… nawet cerować skarpety, ale wolę robić na drutach. Chociaż dawno żadnego swetra nie zrobiłam. Robótki przegrywają konkurencję wolnego czasu z książkami. Największy mój wyczyn, to wełniany płaszcz dla koleżanki. Skarpetki i rękawiczki z pięcioma! palcami też zrobię, ale pod wprawnym okiem Mamy. Bardzo chciałabym umieć grać na fortepianie, malować obrazy, ale niestety nie umiem. W wieku emerytalnym wielu dopada ta przypadłość, więc nie tracę nadziei, że i ja będę malować, ale zapewniam, że poezji pisać nie zamierzam. Szkoda lasu…
WW: Jeden tomik różnicy lasom nie zrobi. No chyba, że chciałaby pani wydać od razu utwory zebrane…
HT: Za nie napisanie wspomnień mogłabym nieźle zarobić. A na pewno oszczędziłabym trochę papieru, czego wielu grafomanom życzę. Lat temu parę ukazało się ogłoszonko, w którymś dzienniku warszawskim o treści mniej więcej takiej: „Chcesz przejść do historii, zgłoś się do nas. Napiszemy za ciebie i wydamy ci książkę”. No po prostu cudo. Mam wrażenie, że wielu skorzystało z tej oferty. Ale oczywiście nie było mowy o sprzedaży tego „dzieła”. Pewnie za trudne zadanie. Tak więc księgarze niech sprzedają, wydawcy niech wydają, a pisarze niech piszą książki. Wówczas będzie porządek. Bo w tej chwili te zadania i misje są pomieszane i powodują niepotrzebny i bardzo szkodliwy bałagan. Na szczęście są wydawcy rozumiejący prawa rynku książki. I dzięki nim możemy patrzeć w przyszłość może nie bez obaw, ale i bez panicznego strachu o nasze księgarnie, o nasze książki, o nasze wydawnictwa.
WW: Na koniec porozmawiajmy o pani przyszłorocznym jubileuszu – 30 lat pracy w księgarstwie. Jak ma pani zamiar to uczcić?
HT: Nie ukrywam, że trochę myślę o tym. Pomysły mam dwa. Ponieważ będzie to maj, więc jedno miejsce nasuwa się samo. Bardzo bym chciała, żeby nastrój wokół książki był na tyle radosny, żeby chciało się świętować. W przeciwnym razie nie będzie się chciało weselić na jakiś tam jubileuszach.
WW: Czego w związku z tym jubileuszem życzyłaby sobie pani?
HT: Nie musieć odmawiać przyjęcia do sprzedaży jakiejkolwiek książki ze względu na szczupłość miejsca w „Prusie”. Marzenie, marzenie, niestety tylko marzenie. No chyba, że cud jakiś sprawi, że będziemy mogli powiększyć „Prusa”.
WW: Redakcja Wirtualnego Wydawcy przyłącza się do tych życzeń.
Od Redakcji:
W sierpniu 2007 roku Halina Tymoszczuk skończyła pracę w Głównej Księgarni Naukowej im. B. Prusa.
Kategorie: Wywiady

Skomentuj

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować.