Wywiad z Magdaleną Kałużyńską

Wywiad z Magdaleną Kałużyńską
Wywiad z Magdaleną Kałużyńską, autorką horroru “Ymar”

 
Magdalena Maria Kałużyńska
– urodzona w 1972 roku w Warszawie. Znak zodiaku: Strzelec.
Z zawodu jest specjalistą do spraw reklamy i marketingu. Obecnie mieszka na wsi. Miłośniczka prozy Stephena Kinga. Kolekcjonuje figurki smoków oraz filmy: kreskówki i horrory.
 
Lubi tatuaże, dobermany, jamniki, jazdę samochodem. Ma słabość do kawy z mlekiem. Choć pisze od zawsze, zaczęła publikować w 2005 roku.Zadebiutowała opowiadaniem „Alda” wydrukowanym na łamach „Science Fiction Fantasy & Horror”. Tam również ukazały się teksty „Żywy” – kontynuacja przygód Aldy, dziewczyny o nadprzyrodzonych zdolnościach oraz „Katharsis” – pierwsza, najbardziej oniryczna z trzech części minipowieści  „Indywidualna rzeczywistość”. Przez jakiś czas współpracowała z e-zinem „Fahrenheit”,w którym opublikowała opowiadanie „Wizyta Odwiecznie Sprawiedliwych” oraz kilka felietonów i tekstów satyrycznych.

 
Natalia Bilska:  Pisarze są po to, by pisać, a nie, żeby coś przeżywać. Jeśli chcesz coś przeżywać, powinieneś zostać piratem albo łowcą książek. Jeśli chcesz pisać, to powinieneś pisać. Albo potrafisz to czerpać ze swojego wnętrza, albo znikąd. Nie prowadzę kajeciku z ulubionymi cytatami, ale akurat to zdanie utkwiło mi w pamięci – pochodzi z „Miasta Śniących Książek” Waltera Moersa.  Jestem bardzo ciekawa, jaką koncepcję autora (lub nawet Autora) wyznajesz, czy uważasz się za pismaka, słowiarza, rzemieślnika, romantycznego twórcę natchnionego przez Siły Wyższe, a może masz na ten temat kompletnie inne zdanie? No i jeszcze jedno – zanim siadasz do pisania, robisz dokładny risercz, sprawdzasz pewne rzeczy (np. przed „Ymar” robiłaś wizję lokalną komisariatu, żeby się przekonać, jak wygląda praca policjantów?), czy zdajesz się na szósty zmysł i siłę wyobraźni?
 
Magdalena Kałużyńska: No to mnie, Dziewczyno, zastrzeliłaś tym pytaniem. A raczej jego stężoną formą. Ale okej, najlepiej zaczynać z grubej rury. Po pierwsze nie, nie wyznaję żadnej koncepcji autora/Autora. I przyznam się po raz pierwszy publicznie, nie zastanawiałam się nad tym, czy zaliczam się do grupy pismaków, słowiarzy, grafomanów, rzemieślników, czy też natchnionych, bądź ewentualnie czy uważam się za „artystkę słowa”  – bo takie określenie też słyszałam. Pani Literat – o, to ładne określenie. Tak mnie nazwał Jan Niemaszek – za które określenie mu bardzo dziękuję. Jak również za interpretację tekstu mojej książki do audiobooka. Ale wracając do pytania. Jakby się wgryźć w semantykę, owszem, mogłabym się określić mianem: Baba Skryba, albo Baba Skrybowaniem Opętana. Aczkolwiek przypuszczam, że wątpię, czy tego rodzaju określenie mieści się w ogólnie pojętym słowniku znaczeniowym behawioryzmu autorskiego. Mówiąc poważnie: piszę bo to jest sens mojego życia, siła napędowa, motywator. Pisanie to moja pasja, po prostu. Można mnie określić mianem pasjonatki pisania.
Pytałaś o risercz. Tak, zanim siadam do pisania, z czystą, żywą przyjemnością i premedytacją wykonuję owe merytoryczne poszukiwania. Encyklopedycznie rzecz ujmując – zasięgam źródłowej informacji celem wzbogacenia wiedzy na temat oczywiście mi nieznany bądź znany znikomo, która to wiedza ma na celu swobodne poruszanie się w poznawanym temacie objętym akcją tworzonej powieści, a tego rodzaju zachowanie poszukiwawcze/poznawcze ma na celu mniej więcej, żebym  nie pisała głupot. Po prostu. Poza tym Czytelnik jest niczym radar i od razu wyłapie merytoryczne zawahanie, jakieś ogólnie zwane „babole”, nieścisłości, przekłamania, bądź temu podobne. Żeby uniknąć wpadek oraz uwiarygodnić moje teksty wertuję książki, pytam ludzi, robię notatki, wydłubuję ciekawostki niczym rodzynki z ciasta drożdżowego. Dostałam kiedyś bardzo mądrą radę od popularnej polskiej pisarki. Żeby pisać o tym, co się lubi i co się zna. Poza tym, moim zdaniem, tego rodzaju risercz jest konieczny. Wszystkich rozumów świata nie pozjadałam, nie posiadam wiedzy z każdej życiowej czy naukowej dziedziny. I jednocześnie nie wiem, co mi do głowy strzeli, jaki literaturowy szkic. Nie ograniczam się tematycznie, ale mierzę siły na zamiary, nie posądzam siebie o popełnienie kiedykolwiek ciężkiego science fiction najeżonego nomenklaturą techniczną rodem z półki, na której dokuje USS Enterpise. Ale… na przykład, pisząc o używaniu piły łańcuchowej piszę o tym, czego doświadczyłam, a przynajmniej miałam okazję trzymać to narzędzie mechaniczne w dłoniach, słyszałam jak pracuje, widziałam w którą stronę lecą wióry podczas przecinania kawałka drewna. I tak dalej, i tak dalej. A szósty zmysł oraz wyobraźnia? Plus wyniki riserczu. Te trzy rzeczy można, a nawet trzeba połączyć. Niekiedy wychodzą niezłe koktajle z takiej właśnie mieszanki. Jeżeli chodzi o książkę „Ymar” to miałam okazję być w kilku komisariatach policji, pytałam się miłego młodego policyjnego technika o metody pracy i zbierania śladów na miejscu zbrodni, konsultowałam kwestię wykonywania sekcji zwłok z trzema lekarkami, w tym jedną patolog, kupiłam kilka książek o medycynie sądowej… Riserczuję pełną gębą i na wszystkie strony.
 
N.B. Debiutowałaś na łamach „Science Fiction Fantasy & Horror”. Podejrzewam jednak – popraw mnie, jeśli się mylę! – że nie był to twój „pierwszy raz” z fabułotwórstwem. Jak to się wszystko zaczęło? Powyciągajmy trupy z szafy i powspominajmy najwcześniejsze płody Weny Twórczej!
 
M.K. Najwcześniejsze płody mojej Weny Twórczej już dawno uległy najpierw spopieleniu, następnie biodegradacji. Że tak się wyrażę. I bardzo dobrze, że uległy, bo przynajmniej się przydały Matce Naturze w procesie użyźniania gleby. Chcę przez to powiedzieć, że moje płodzenie w temacie prozytworzenia zaczęło się niczym w baśniach. Mianowicie dawno, dawno temu, może nie za górami, może nie za lasami, ale na pewno miałam wtedy grypę, a co za tym idzie siedziałam w domu. I pochłaniałam ogromne ilości książek. W pewnym momencie wpadł mi w ręce niepozorny wolumin pt. „Kryształowy Gryf”. Książkę pochłonęłam w mgnieniu oka i… poczułam jakby mnie ktoś walnął wiadrem w głowę. Dosłownie. Aż mi się w tej głowie zakręciło. Stwierdziłam wtedy, nijak inaczej, że chcę pisać. Ba, chcę, ja pisać muszę! Oczywiście od stwierdzenia chęci, czy inaczej mówiąc, parcia, do momentu realizacji pierwszego opowiadania minęło trochę czasu. Ale moment tuż po lekturze książki Andre Norton uważam za – obrazowo mówiąc, połknięcie przeze mnie literackiego haczyka. Wtedy zawładnęła mną również fantastyka, a szczególnie heroic fantasy i dosłownie wszystko, co się z tym nurtem wiązało. Szczególnie twórczość Borisa Vallejo, którego obraz był na okładce „Kryształowego Gryfa” właśnie. Moja chęć pisania sobie we mnie kiełkowała, obrastała w listki. Natomiast ja w międzyczasie pochłaniałam dzieła wszelakie spod szyldu fantastyki, od trylogii Tolkiena, przez prawie jednocześnie dwie książki Rogera Żelaznego, dosłownie pożarłam cykl Świata Czarownic, nie mówiąc już o tym jak łapczywie przyswoiłam treść serii o Ziemiomorzu. Oczywiście, cały czas coś tam sobie pod nosem i w kącie ściboliłam, jakieś formy krótkie, pokracznie nieskładne, które następnie skleciłam w mój pierwszy grzech literaturowy. To znaczy wtedy, dawno, dawno temu, naściboliłam swoją pierwszą powieść.  I jak to w życiu bywa następnie strzeliłam focha, obraziłam się na wszystko oraz wszystkich, stwierdziłam, że tekst powieściny się nie nadaje nawet do niczego. Spaliłam maszynopis, spaliłam dyskietkę, skasowałam dokument z dysku twardego archaicznego komputera. Co ciekawsze, teraz wróciłam do linii pomysłu mojej tamtej pierwszej powieści. Woland miał rację. Rękopisy nie płoną. Następnie w moje łapska wpadło „Lśnienie” Stephena Kinga. Dostałam wiadrem po głowie dwa razy pod rząd, z obu stron, na tyle mocno, że od razu stwierdziłam w stronę dotychczasowo wyznawanej fantasy – sorry, nadal cię kocham, ale zrozum, to jest silniejsze ode mnie, będę pisała, ale horrory! Tak to u mnie w skrócie wyglądało.
Jeżeli chodzi o debiut. Oficjalnie na papierze debiutowałam tekstem „Alda”. Jednak za debiut sensu stricto uważam ukazanie się opowiadania „Wizyta Odwiecznie Sprawiedliwych” na łamach e-zinu Fahrenheit. Tam zamieszczono „Aldę”, zanim tekst zaistniał na łamach SFF&H. Można krzywić twarz i marudzić, że net to nie to samo, co „prawdziwy” debiut, czyli papierowy. Ale ja debiutem określam moment, kiedy tekst po raz pierwszy ukazuje się szerszej publiczności, światu i okolicom. Takoż biorąc pod uwagę jak daleko sięga internet, ilu oczom się teksty publikowane w necie ukazują, do jakich miejsc docierają, uważam, że na dzień dzisiejszy debiut na łamach magazynu internetowego ma większy zasięg informacyjny. A na skoro debiut polega na rozprzestrzenianiu informacji o zaistnieniu nowego autora, to z tego oraz innych względów, twierdzę, że debiutowałam kilka razy.
 
N.B. Dlaczego trawa jest zielona, niebo niebieskie, a Magda Kałużyńska pisze powieści grozy…? No dobrze, skupmy się na ostatniej kwestii. Ciekawa jestem, czy po prostu lubisz tę odmianę fantastyki, łatwo Ci się piszę o strasznościach i siłach nie z tego świata, czy istnieje jakaś inna przyczyna takiego stanu rzeczy?
 
M.K. Hm, pytanie nie tyle trudne, co wielokrotnie przeze mnie słyszane. W różnych wersjach: Oj, horror? Ale, droga Magdaleno, dlaczego akurat horror? Nie możesz napisać romansu, powieści obyczajowej,  baśni dla dzieci, w ogóle czegoś lżejszego? Dlaczego akurat horror? No, powiedz, powiedz, dlaczego akurat horror? Dlaczego??? Dla-cze-go???
Mówię niniejszym – bo lubię. Tak, lubię tę odmianę fantastyki. Lubię to mało powiedziane. Uwielbiam, wręcz. Zakochana jestem w horrorze chyba tak bardzo jak w samym pisaniu. Po uszy. Może to się nie mieścić w głowie jak można uwielbiać opisywać masakry, straszności oraz wymyślać wszelakiej maści przerażacze. Ale ja to po prostu lubię-kocham-uwielbiam. I już. Jedni zbierają znaczki, drudzy rzucają się na bungee, ktoś tam biega z farbą w sprayu i odstawia piękne graffiti, Kałużyńska pisze horrory. No, bywa. Co nie znaczy, że łatwo się te horrory pisze. Wbrew pozorom horror to wymagający kochanek – jeżeli mogę tak powiedzieć. Wymyślenie, czy wyobrażenie sobie straszności to nie wszystko. Jeszcze należy przelać makabrę na papier, w taki sposób, żeby Czytelnik poczuł tę  samą makabrę, z takim samym emocjonalnym natężeniem, które wylęgło się w umyśle pisarza. Trudność w pisaniu horroru polega na tym, że w tekście bardzo łatwo wpaść w przesadę, nie wiem… wylać o jedno wiadro krwi za dużo, czy napisać w dialogu jedno słowo za mocno, bądź za słabo, kogoś wskrzesić lub kogoś zabić w nieodpowiednim momencie. Wtedy cały ciężko wypracowany nastrój grozy może najzwyczajniej w świecie ulecieć, już nigdy nie wrócić. Czytając jedną stronę książki Czytelnik może się nawet lekko przerazić, a już na drugiej stronie tej samej akcji ten sam Czytelnik może się uśmiechnąć z pobłażaniem, czy nawet odłożyć książkę, znudzony. Uważam, że pisanie horrorów to grząski grunt. Wciągający, ale zdradziecki. Ja dopiero poznaję meandry tworzenia powieści grozy, ale na dzień dzisiejszy mogę śmiało powiedzieć, że to poznawanie mi się również podoba. Tak samo jak merytoryczny risercz, z któregoś z poprzednich pytań. Powtórzę: ja to po prostu lubię-kocham-uwielbiam. I już.
 
N.B. Popadasz czasem w liryczny nastrój i zdradzasz prozę z poezją?
 
M.K. Nie.
 
N.B. Kobieca literatura, męska literatura… była kiedyś taka reklama, ale o reklamach porozmawiamy kiedy indziej. Wróćmy do pisania. Jak sądzisz, istnieje sens przypisywania powieściom „płciowych” etykietek? I szerzej – jak się czujesz w świecie podziałów: uważasz się za autora fantastyki, za przedstawiciela swoistego „getta” (jak chcą niektórzy), czy może jesteś ponad to i nie utożsamiasz się z żadną grupą literacką?
 
M.K. Nie utożsamiam się, jestem utożsamiana, można powiedzieć „z automatu”. Nie rozumiem tego rodzaju płciowych etykietek. Nie rozumiem podziału na literaturę męską i kobiecą. Co te podziały oraz etykietki mają oznaczać? Że kobieta powinna pisać tak a tak i o tymże i tym. Mężczyzna powinien pisać o tymże i tym, tak a tak. Nie rozumiem tych podziałów, idących za podziałami niepisanych nakazów/zakazów, skostniałych stereotypów. Moim zdaniem wyobraźnia nie ma płci, twórczość nie ma płci, kreacja nie ma płci, generalnie sztuka – a pisanie moim zdaniem jest sztuką, nie ma płci. Zaczynając pisać i będąc kobietą, chcąc nie chcąc zostałam przyporządkowana do półki z napisem „proza kobieca”. Jednak, kiedy wyszło na jaw, jaką tematykę przedstawiają moje opowieści, wynikł problem. A nawet kilka problemów z tymi szufladami, określnikami. Kobieta i co? Horror napisała? Nie uchodzi! Czyli gdzie ją przypisać? I dlaczego napisała horror, skoro jest kobietą? Czy jest z nią coś nie tak? Może została skrzywdzona? Może wzorem Mary Shelley jest pod wpływem jakiś substancji psychotycznych, uczestniczy w jakimś dziwnym układzie-zakładzie? Może jest psychicznie chora? Może… może… może… Analizowano osobę, nie dzieło. Twórca jest widziany w pryzmacie dzieła, zdaję sobie z tego sprawę. A tu nagle kobieta, która napisała mroczną i krwawą opowieść. Głosy sprzeciwu podniosły się od razu. Moja niesubordynacja prozatorska wynika z naturalnej kolei rzeczy. Wpadłam na pomysł, Wena brzdąknęła, usiadłam, napisałam i wyszło to, co wyjść miało. „Ymar” wyszedł. Tak miało być, nie napisałam książki przypadkiem, zrobiłam to celowo i więcej powiem – zrobię to jeszcze raz!  Spodobało mi się. Z przyjemnością po raz kolejny nie wpasuję się do uporządkowanego świata literackich podziałów.
 
N.B. Ostatnio miałam okazję przekonać się na własnej skórze (po raz pierwszy, przyznaję się do debiutu), czym jest konwent fantastyczny. Pojawiasz się na tego typu imprezach? Co na ich temat myślisz? Stresują cię spotkania z czytelnikami, czy czujesz się na nich tak dobrze, jak demon w piekielnym wymiarze?
 
M.K. Gratuluję debiutu! Moim zdaniem konwenty fantastyczne to wspaniała sprawa! Kiedyś-kiedyś miałam okazję kilkakrotnie być na tego rodzaju imprezach. W charakterze widza. Powiem tak, bardzo mi się podobało nagromadzenie stada pozytywnych świrów w jednym miejscu i czasie. Bo fantaści, czy Odbiorcy, czy Twórcy, to moim zdaniem pozytywne świry. Oby takich ludzi było więcej. Oczywiście są wyjątki, człowiek człowiekowi nierówny, ale generalnie podobała mi się atmosfera i zaangażowanie emocjonalne ludzi obecnych na konwentach fantastycznych. Jeżeli chodzi o spotkania z czytelnikami. Cóż. Przyznam się do debiutu. Niedawno był mój debiut na spotkaniu autorskim w warszawskim Empiku i gdyby nie Jacek Skowroński to pewnie bym poległa po całości. A tak to tylko, cytując Ciebie „ómarłam”. Poza tym polubiłam spotkania z czytelnikami. Bo ja bardzo lubię rozmawiać z ludźmi. Mam nadzieję, że ludzie lubią rozmawiać ze mną. Nie tylko o książkach. Wracając do konwentów, pojawiałam się jakiś czas temu w charakterze widza. Teraz zaistniała okoliczność, że pojawię się w innym charakterze. Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że będę siedziała na konwencie fantastycznym w charakterze autora i będę miała własnego prowadzącego, a może nawet kilka osób usiądzie na widowni… gdyby ktoś mi to kilka lat temu powiedział, popukałabym się w czoło i to bardzo mocno.  Albo stwierdziłabym, że wypowiadającemu te słowa człowiekowi odbiło, bądź jest na prostej drodze do wariatkowa. 
 
N.B. Niedawno Nagrodę Nobla otrzymał Mario Vargas Llosa. Starasz się być na bieżąco,  czytujesz współczesną prozę nie-fantastyczną, a może gustujesz w klasyce? Twórczość jakiego pisarza jest dla Ciebie niedoścignionym wzorem?
 
M.K. Zrobiłam risercz w poszukiwaniu wiadomości na temat Mario Vargas Llosy. Tak również robiłam w przypadku literaturowych noblistów z lat poprzednich. Zresztą, nie musiałam robić głębokiego riserczu. Nobel z literatury od zawsze wzbudzał wiele kontrowersji, warto przypomnieć światowe zdziwienie, kiedy nagrodę dostał Dario Fo. Za to pękałam z dumy, kiedy Nobla dostała Doris Lessing – odważna, niesamowita kobieta, niedościgniona dla mnie pisarka. W ogóle kiedyś sumiennie śledziłam dokonania laureatów nagrody Hugo oraz  Nebula, z polskiego podwórka obserwowałam dokonania laureatów nagrody imienia Janusza Zajda oraz Śląkfy – ale to jest już fantastyka. Tak, staram się być na bieżąco, ale mimo szczerych chęci przyznam się, po raz kolejny się przyznam, że mam zaległości w regularnym przyswajaniu literatury współczesnej. Nawet Mistrz Stefan czeka w kolejce. A raczej kilka opasłych tomów jego Dorobku – stoją na półce, obrastając kurzem. Na dzień dzisiejszy nie mam czasu zatopić się w lekturze. Mam nadzieję, że będzie mi dane nadrobić zaległości. Dziecięciem będąc sięgnęłam po książkę „Uczniowie Spartakusa” Haliny Rudnickiej i „wsiąkłam” . Do dzisiaj został mi sentyment do epopei historycznych, jak ja to nazywam „mięsistych akcji”. Antoni Gołubiew, Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus, czy też Sigrid Undset. Trylogię Sienkiewicza, lekturę obowiązkową – a przez to znienawidzoną przeze mnie w liceum – odkrywałam kilka razy na nowo.  Tak samo odczarowałam „W pustyni i w puszczy”. „Faraon”  Bolesława Prusa to przecież prekursor thrillera politycznego. Albo „Stara Baśń” Józefa I. Kraszewskiego. Bliski mojemu sercu jest dorobek literacki Karola Bunscha, szczególnie „Dzikowy Skarb” – mistrzostwo świata.  Nie mówiąc już o Erneście Hemingwayu, którego każde słowo jest dla mnie encyklopedią znaczeń. Nie mogę pominąć drugiego mojego Mistrza – Stanisława Lema, w którego książkach się również żarłocznie zaczytywałam, a „Solaris” stoi na półce, błyszcząc niczym perła. Przyznam się, był moment, że zaczytywałam się  w książkach Joanny Chmielewskiej. Koleżanka, mając nadzieję, że oderwę się od rzymskich gladiatorów oraz piastowskich knowań podetknęła mi pod nos „Romans wszech czasów”, a następnie „Lesia” i kilka innych książek Pani Joanny. Cóż. Nawrócona nie zostałam. Mimo prób, mimo namolnego kuszenia ku „babskiej literaturze” właśnie.
 
N.B. Wszystko jest literaturą! – parafrazując Edwarda Stachurę. Nie ukrywam, że czasami zdarza mi się podsumować jakieś realne wydarzenie słowami: ech, ja bym to napisała lepiej… Patrzysz na swoich znajomych, na babcię z pociągu, faceta spod całodobowego, na ludzi mijanych na ulicy jak na potencjalny materiał fabularny? Tak, wiem, to pytanie pada niemal na każdym spotkaniu literackim, ale zaryzykuję i mimo wszystko je zadam.
 
M.K. Miał rację Stachura, wszystko jest literaturą. Idąc dalej – życie jest literaturą. A biorąc pod uwagę, że ja piszę horrory… Nawet w przypadku snucia historii z elementami grozy nie muszę daleko szukać potencjalnego materiału fabularnego do książki. Z życia, zachowania ludzi, reakcji, toku myślowego, wydarzeń, można czerpać pomysły wiadrami. Moim zdaniem horror wyziera z życia, nie życie z powieściowego horroru. I to jest najstraszniejsze. Odwrócenie biegunów. Obserwuję ludzi, wpadam na pomysł, dodaję pewne elementy nadprzyrodzone i opowieść gotowa. Słabo mi się zrobiło na następującą wieść, delikatnie mówiąc zwyrodnialec trzymał swoją córkę w piwnicy przez dwadzieścia kilka lat i sprawił jej siedmioro dzieci. Trup w szafie? Mało powiedziane! Plastikowe beczki po kwaszonej kapuście z ciałami dzieci znaleziono w tej właśnie szafie, bo jakieś zgodne polskie małżeństwo sobie pociechy zamarynowało. Jakiś czas temu była głośna sprawa w Wielkiej Brytanii, a dotyczyła lekarza stomatologa, który niektórych swoich pacjentów ćwiartował, następnie rozpuszczał w kwasie oraz wylewał delikwenta do przydomowego ogródka. Ale coś tam się nie rozpuściło i policja znalazła kolekcję ludzkich sztucznych ozdobników, głownie właśnie stomatologicznych. Nóż się w kieszeni otwiera? Nie, włos na głowie się jeży na myśl, co realnym ludziom wyświetla się w głowie, jakie zbrodnie popełniają, co ich do tego rodzaju czynów popycha. Choroba psychiczna? Podszepty demonów? Kuszenie Szatana? Urok afrykańskiej Czarownicy? Wpływ wilczego Księżyca? Nie, żadne takie. Oczywiście są przypadki różnego natężenia zbrodni, bądź czynów z pogranicza, popełnianych przez ludzi ogarniętych chorobą psychiczną, która odbiera im poczucie rzeczywistości bądź zmienia skalę pojęć „zło/dobro”. Ale nie o tym mówię teraz. Mówię o ludziach w pełni świadomych swoich czynów, czynów popełnianych z premedytacją, niekiedy z przyjemnością. Mówię o wyzutym z emocji okrutnym, niekiedy sadystycznym wyrachowaniu. To jest dopiero straszne. To jest dopiero horror. Biorąc to pod uwagę, że ludzkie zachowanie, ludzki umysł, jest studnią bez dna pomysłów na krwawe opowieści, mam materiału na kolejnych dziesięć książek. Merytorycznie ciężkich, nastrojowo mrocznych, atmosferycznie dusznych, pełnych masakry oraz każdej maści przemocy. Myślę, że inni autorzy horrorów, czy thrillerów również nie biorą pomysłów z sufitu, czy li jedynie nie podpierają się wyobraźnią. Poza tym wiele horrorów w wersji filmowej zaczyna się wywołującymi ciarki słowami „oparte na faktach”. W większości przypadków nie jest to jedynie chwyt marketingowy, niestety…
 
N.B. Zdarza Ci się czasem napawać popkulturą i, na przykład, oglądać seriale? Jeżeli tak, to jakie wybierasz i z jakich powodów? Przyznam, że gdy czytałam „Ymar”, przypomniały mi się niektóre wątki z „Miasteczka Twin Peaks”…
 
M.K. Popkultura w temacie seriali interesuje mnie z czysto technicznego powodu, mianowicie sposobu wizualnej realizacji „dziwnego” pomysłu. Oglądając serial, czy film, widząc jakieś ciekawe zjawisko, wyłapując niesamowity nastrój, zastanawiam się w jaki sposób to mogłabym napisać, żeby uzyskać podobny efekt. „Miasteczko Twin Peaks” oglądałam jeden raz, ale to było sto lat temu i serial zrobił wtedy na mnie piorunujące wrażenie. To znaczy nie cały, tylko kilka pierwszych odcinków. Reszta to jest „typowy” David Lynch, czyli temat „zakręcony” za bardzo i do tego stopnia, że przy telewizorze zostaje tylko fanatyczny wyznawca dorobku reżysera. Ja się do wyznawców dorobku Davida Lyncha nie zaliczam i tyle w temacie. Faktycznie „Ymar” posiada przemycone echo tego pierwszego wrażenia, jakie mnie kiedyś-kiedyś dopadło podczas pierwszego oglądania „Miasteczka Twin Peaks”. Poza tym, à propos popkultury, to duży wpływ na klimat „Ymar” miał film „Armia Boga”, który to film również widziałam chyba ze sto lat temu. Jeżeli chodzi o zachowanie policji w zetknięciu z morderstwami wykraczającymi poza ludzkie pojęcie czy nawet przeczące prawom fizyki to właśnie inspirowałam się tymże filmem. Współczesne seriale, pomyślmy… bardzo mnie zaciekawił i trzymał przy telewizorze „Dexter”. Miałam cichą nadzieję, że podobnie do „Dextera” porwą mnie „Heroes” – ale niestety serial okazał się właśnie mdłą papką popkulturową. Oglądałam pierwszy sezon „Lost” i może się narażę fanom, ale na pierwszym sezonie serial powinien się skończyć. No, dobrze, na drugim. Co za dużo to i świnia nie zje. Za to miłym dla mnie zaskoczeniem był „The Lost Room”. Miniserial, tyle pokazano, ile potrzeba, został niedosyt, niezaspokojona ciekawość. Zaczęła mi działać wyobraźnia, wpadło mi do głowy kilka soczystych pomysłów. I o to w moim przypadku oglądania seriali chodzi. O pobudzenie wyobraźni. Z polskiego gruntu serialowej popkultury miałam okazję oglądać serial „Naznaczony”, która to produkcja była mocno reklamowana jako „pierwszy polski serial grozy”. I rozczarowałam się „Naznaczonym” nie tyle boleśnie, co koncertowo. Tyle ode mnie à propos seriali.
 
N.B. Zdarza się, że młodzi pisarze proszą Cię o opinię i wsparcie? Praktyczne porady? Z własnego doświadczenia wiem, że w Internecie działa wiele stron literackich, na których można publikować swoją twórczość, dzielić się wrażeniami, ba, pokusić się nawet o recenzję cudzych tekstów. Co sądzisz o takiej formie obcowania z literaturą?
 
M.K. Zdarza się, dostaję maile z pytaniami wszelakiej maści. Jak napisać dobrą książkę, w jaki sposób udało mi się napisać dobry horror. Ludzie proszą mnie, żebym odsłoniła rąbka tajemnicy. Albo po prostu opisała, jak to się robi, w jaki sposób się tak pisze. Co ciekawsze, pytania słyszę z każdej strony i to nie tylko od młodych pisarzy. Niedawno dostałam list z pytaniem: kiedy pisać, żeby wpaść w odpowiedni nastrój potrzebny do tworzenia historii grozy. Inne pytanie: jakie stosuję metody, żeby wywołać u siebie grozodajne natchnienie. Czym się pobudzam. Młody człowiek zagadnął mnie na fejsbukowym czacie i bardzo ów młody człowiek chciał wiedzieć jak wygląda techniczna sprawa wydania książki, przez jakie wydawnicze korytarze tekst przechodzi, jak wydawnictwo wygląda od strony marketingowej, finansowej, jakiejkolwiek. Ludzie pytają dosłownie o wszystko. Nie tylko o sprawy związane z pisaniem. Dostaję maile z propozycjami matrymonialnymi, bo ktoś sobie wymarzył mieć żonę pisarkę. To mi pochlebia, aczkolwiek nie skorzystam z oferty. Sama sobie męża znajdę, kiedy mnie ewentualnie najdzie na szukanie. Inny pan chciał mnie sobie „wynająć”, żebym spisywała jego życiową historię. W zamian za spisywanie autobiografii ów pan zaoferował mi dom w Szwecji, utrzymanie mojej skromnej osoby oraz swoje towarzystwo w dzień i w nocy. Jak śpiewali Skaldowie w „Medytacjach wiejskiego listonosza”? Ludzie listy piszą… Mam nawet przysłane mailem trzy książki młodych pisarzy-niewyklutków, z prośbą o pomoc i ocenę tych książek. Takie zachowanie mi bardzo schlebia, aczkolwiek… no właśnie. Pytałaś mnie o strony literackie, co o tym sądzę. Sądzę, że wszystko jest dla ludzi, strony literackie, literackie fora dyskusyjne. Tylko ja jestem zdania, że jeżeli ktoś chce poddać ocenie swoje dzieło, to owszem fora dyskusyjne są jedną z dróg uzyskania opinii, ale należy również słać tekst do wydawnictw, krytyków ostatecznie. No i umówmy się, że przedstawiamy ludziom gotowy tekst, nie pomysł. Ja popełniłam błąd, przedstawiłam grupie odbiorców pomysł na książkę, który to pomysł został „oceniony” gorzej niż negatywnie, padło wiele bardzo niekorzystnych epitetów pod adresem pomysłu oraz moim – jako tego głupiego pomysłu twórczyni – a co za tym idzie, gdybym się wzięła i zaparła oraz posłuchała „dobrych rad” to bym książki nie napisała. Jak się pewnie domyślasz to o pomysł na „Ymar” chodziło…
 
 
N.B. Z tego, co wiem, nie jesteś pisarzem zawodowym. W jaki sposób udaje Ci się łączyć obowiązki zawodowe (zwane inaczej Szarą Rzeczywistością) z pisarskim hobby? A może hobby powoli przekształca się w… no właśnie, w co? Jak debiut powieściowy wpłynął na Twoje życie? Kogo Magda Kałużyńska widzi, gdy rano przegląda się w lustrze?
 
M.K. A uchowaj Boże, żebym została pisarzem zawodowym! Dobrze jest, jak jest! Owszem, trudno jest połączyć pisanie z szarą rzeczywistością, ale daję radę. Wolałabym jednak, żeby pisanie książek zostało moim hobby. Dlaczego? Cóż. Do hobby, czyli zajęcia wykonywanego w czasie wolnym i z reguły mającego sprawiać przyjemność, podchodzi się trochę inaczej niż do pracy zawodowej, tak? A mi pisanie jak na razie sprawia ogromną przyjemność. Wniosek jest prosty. Oczywiście mogę się zapierać rękami, kopytami oraz ogonem, a życie zweryfikuje, czy pisanie pozostanie li jedynie moim hobby. Z tego co widzę, weryfikacja się już zaczęła… Jak debiut powieściowy wpłynął na moje życie? Cóż. Przyznam, że zrobiło się naokoło mnie bardzo głośno, ludzie cały czas coś mówią, telefony dzwonią, maile zalewają skrzynkę. Bez żadnej fałszywej skromności powiem, że patrzę się na wszystkie zdarzenia z lekkim dystansem i – co niektórym ludziom się nie mieści w głowie – niedowierzaniem. A w lustrze widzę siebie. Debiut powieściowy mnie w ogóle nie zmienił.
 
 
N.B. Jaki jest Twój patent na walkę z Lękiem przed Pustką Kartką? Czyli, inaczej rzecz ujmując, co robisz, gdy koniecznie musisz skończyć jakąś scenę, a słowa za nic nie chcą się składać w sensowną całość? A może nie miewasz tego rodzaju problemów?
 
 
M.K. Mam, oj mam tego rodzaju problemy. Kiedy koniecznie muszę skończyć jakąś scenę, a słowa nie przychodzą mi do głowy, to tej sceny po prostu nie kończę. Zostawiam tekst w spokoju. I czekam na olśnienie. Bo ja miewam olśnienia. A raczej nie czekam, tylko się czymś innym zajmuję. Pomysły przychodzą do mnie w najbardziej nieoczekiwanym momencie, najbardziej nieodpowiednim miejscu.  Ale przychodzą. Prędzej czy później.
 
 
N. B. Oprócz tego, że piszesz opowiadania i powieści, jesteś też publicystką (przypomnijmy chociażby felietony publikowane na łamach „QFantu”). W której roli czujesz się lepiej i dlaczego?
 
M.K. Ja generalnie lubię pisać, ale to już wiesz. I to są naczynia połączone, powieść, opowiadania, felietony. Już wyjaśniam. Kiedy zasiadałam do pisania „Ymar” to wcale nie miała być powieść, tylko opowiadanie. Objętości, powiedzmy, maksymalnie 20 stron znormalizowanego maszynopisu.  No ale dopisałam tu kawałek, tam kawałek dopisałam… Poza tym uwielbiam określenie „znormalizowany maszynopis” aczkolwiek nie posiadam bladego pojęcia, co to określenie znaczy. Ale wracając do tematu. U mnie wszystko się zaczyna od zamiaru napisania opowiadania. Jeżeli chodzi o felietony, to napiszę bardzo chętnie, ale… w przerwie pisania horroru. Jako coś à la „wentyl bezpieczeństwa umysłowego”, zmiana nastroju, natężenie emocji. Napiszę felieton, jeden, drugi, trzeci, czwarty, odetchnę od grozy, literacko odetchnę i mogę wracać do mrocznych opowieści. Jeżeli pisanie książki wciągnie mnie za bardzo, felietonu nie napiszę w terminie, albo nie napiszę w ogóle. Tak to u mnie działa.
 
N.B. No dobrze…  wypuściłaś z domu pierwsze, literackie „dziecko”, które powędrowało pod strzechy. Co dalej? Jakie plany? Wakacje na Malediwach czy praca nad kolejnym utworem? Uchyl rąbka tajemnicy!
 
M.K. Nie, nie, Malediwy odpadają. Pracuję nad kolejnym utworem. Nową powieścią. To również będzie horror, jak się pewnie domyślasz. I też zaczęłam pisać z zamiarem stworzenia opowiadania, na góra 20 stron. Tak więc wiesz…
 
Z Magdaleną Kałużyńską rozmawiała (z przyjemnością wielką) Natalia Bilska
 
W najbliższy czwartek 28.10.2010 o godzinie 18:00 w krakowskim EMPiKu odbędzie się spotkanie z Magdaleną Kałużyńską.
Spotkanie poprowadzi znakomity krytyk literacki i pisarz Robert Ostaszewski.

Kategorie: Literatura

Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/wirtua/domains/wirtualnywydawca.pl/public_html/wp-content/themes/waszww-theme/includes/single/post-tags.php on line 4

Skomentuj

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować.