Adam Widmański – lubię grę rynkową i osiadły tryb życia

Adam Widmański – lubię grę rynkową i osiadły tryb życia

Przegląd

Lubi grę rynkową i osiadły tryb życia…

Adam Widmański o sobie…

Urodziłem się w 1964 roku w Radomiu. To, że dziś wydaję książki zawdzięczam w dużej mierze władzy komunistycznej i gen. Jaruzelskiemu. Mogę tak powiedzieć, ponieważ książkami zajmuję się od 1984, kiedy to rozpocząłem działalność edytorską w Niezależnej Oficynie Wydawniczej NOWA (wtedy wydawnictwie podziemnym), a głównym motorem działania był brak sympatii do wspomnianej na wstępie władzy. W 1988 ukończyłem Akademię Medyczną w Warszawie i prawdopodobnie w innych okolicznościach byłbym dzisiaj lekarzem.

Wolne wybory w roku 1989 postawiły mnie wobec dylematu: co wybrać? — zawód lekarza, czy już zupełnie legalne wydawanie książek. Zwyciężyło wydawanie i wraz z kolegami z podziemia w 1990 roku założyłem i wszedłem do zarządu Fundacji NOWE-j, która była już legalną następczynią firmy podziemnej. W 1991 z tymi samymi kolegami pokłóciłem się okrutnie i poszedłem w swoją stronę, co zaowocowało założeniem wraz z Wojciechem Kuhnem i Beatą Stasińską Wydawnictwa W.A.B., w którym tkwimy razem do dzisiaj. Przed rokiem 1989 z powodu wrodzonego gapiostwa dałem się dwukrotnie aresztować Służbie Bezpieczeństwa. Z bliżej niejasnych mi powodów zostałem również w tym samym czasie uhonorowany wyróżnieniem Polish Cultural Foundation. Mimo całkowitego „poświęcenia” się pracy wydawniczej, zdążyłem przepracować rok jako lekarz. W ostatnich latach byłem również wykładowcą na Podyplomowym Studium dla Wydawców na Uniwersytecie Warszawskim.

Prywatnie: jestem żonaty po raz drugi i mam trójkę dzieci. Mieszkam pod Warszawą. Nie mam hobby i preferuję raczej osiadły tryb życia.
WW: Co Pana tak pociąga w wydawaniu książek, że aż był Pan gotów zrezygnować z wykonywania wyuczonego zawodu?

A.W.: To nie tak. Wydawanie książek podbudowane etosem „pod-ziemniaka” bardzo mnie pociągało. Myślę, że istotna była tu możliwość swoistej kreacji w połączeniu z grą rynkową, którą po prostu lubię. To by jednak nie wystarczyło, gdyby studia medyczne skutecznie nie zniechęciły mnie do uprawiania medycyny. To co zobaczyłem, zdecydowanie różniło się od tego, jak ja chciałbym to robić, a bałem się, że nie będę miał dość siły by zrealizować tzw. młodzieńcze marzenia. Krótko mówiąc w objęcia ruchu wydawniczego pchnął mnie zwykły strach przed byciem lekarzem.

WW: O co pokłócił się Pan z kolegami w 1991 do tego stopnia, że postanowił Pan założyć odrębne Wydawnictwo?

A.W.: Pokłóciłem się o sposób zarządzania i kierunek w którym zmierzała NOWA. Dlatego odszedłem. Wydawnictwo założyłem z obecnymi wspólnikami po odejściu, ponieważ taki miałem pomysł na dalsze życie (oni – wspólnicy – jak widać również).

WW: Na czym polega filozofia prowadzonej przez W.A.B. promocji i public relations – uważa się, że Wasze działania są jednymi z lepszych na rynku?

A.W.: Oj, zaczynam się czuć jak czcigodny mędrzec. Nie ma w tym żadnej specjalnej filozofii. Staramy się wykorzystać wszelkie możliwe kanały informacyjne by dotrzeć z informacją o książce do potencjalnego księgarza i czytelnika. Staramy się w tym być konsekwentni i dokładni. Od czasu do czasu staramy się też wymyślić coś nowego.

Poza tym działania PR ułatwia nam klasa naszych autorów (chylę czoła przed nimi i moją wspólniczką Beatą Stasińską – bo to ona w większości proponuje książki do wydania). Wiemy, komu w mediach jaką książkę zaproponować, by go zainteresowała i jesteśmy w tym uczciwi i nienachalni.

WW: Którego autora polskiego i zagranicznego chciałby Pan wydawać, a nie ma takiej możliwości?

A.W.: Autorzy polscy i zagraniczni, których chciałbym wydać – jest takich kilkunastu. Nie wypada jednak pisać. Lista będzie albo za długa albo za krótka. A nie wydawać – oj, pewno 70% tego, co się ukazuje na rynku. Niekoniecznie z braku poważania, często dlatego, że wiem, że to nie nasz sektor.

WW: Czy jest w Polsce lub na świecie wydawnictwo, które stawia Pan sobie za wzór (lub stawiał)?

A.W.: Etap poszukiwania mistrza mam już chyba za sobą. Szanuję i obserwuję z podziwem, i często z zazdrością wielu wydawców. W Polsce mógłbym wymienić Rebis i Wydawnictwo Dolnośląskie, ale to nie wyczerpuje listy. Na świecie – trudno powiedzieć. Z daleka większość wygląda wspaniale, a tak naprawdę z bliska nie mam okazji oglądać.

WW: Co sądzi Pan o wszechobecnej tendencji panującej na rynku do łączenia się — czy W.A.B. ma też takie plany na przyszłość, aby połączyć się z innym wydawcą?

A.W.: To zabawne, bo choć wszyscy o tym mówią nie zauważyłem by się wielu wydawców w Polsce połączyło. Fuzje i przejęcia dopiero nas czekają. Ci z naszych wydawców, którzy „mają się dobrze” nie widzą powodu ani do połączeń ani do inwestowania w upadające firmy. Ci którym się źle powodzi nie widzą sensu, ani nie znajdują chętnych.

Ruch zacznie się wtedy, gdy kapitał zagraniczny zacznie na serio inwestować w wydawnictwa. Ale to nastąpi dopiero wówczas, gdy analitycy stwierdzą, że sytuacja wydawnictw sięgnęła dna i dalej może być już tylko lepiej. Natomiast samo W.A.B. nie odmówi połączenia, jeżeli miałoby ono przynieść nam realne korzyści.

WW: Ostatnio powstał serwis oferujący polskie ebooki. — W.A.B. jest jednym ze współorganizatorów. Dlaczego Wydawnictwo tak aktywnie angażuje się w działalność internetową?

A.W.: Nie jesteśmy współorganizatorami. Zaproponowano nam udział w przedsięwzięciu, w którym według naszego rozeznania możemy tylko zyskać, a nie stracić. Żal było nie wejść. Uważam, że e-booki póki co są głównie kolejną formą promocji książki i autorów, i niezależnie od tego czy przedsięwzięcie przyniesie nam wymierne korzyści finansowe, chcemy w nim uczestniczyć choćby za względów promocyjno-prestiżowych.

Kategorie: Wywiady

O autorze

Skomentuj

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować.