Rozmowa z Agnieszką Gładzik, autorką książki “Niepokorni”
Przegląd
- Typ: Wywiady
- Marka: Szara Godzina
„Choć to się powoli zmienia, wiedza o Szczecinie poza regionem jest dość skąpa, by nie użyć dosadniejszego określenia. Mogłabym napisać osobną powieść, składającą się z przekonań mieszkańców innych części Polski oraz ich uprzedzeń, więc wydaje mi się, że ta potrzeba wciąż jest żywa.” – mówi Agnieszka Gładzik w wywiadzie zapowiadającym premierę powieści „Niepokorni”. „Niepokorni” ukażą się nakładem wydawnictwa Szara Godzina 14 maja.
Pani ostatnia powieść „Buntowniczki” zabiera czytelników do XIX-wiecznego Gdańska, „Niepokorni”, których premiera zaplanowana jest na 14 maja, do Szczecina 1946 roku. Nie po raz pierwszy osadza Pani fabułę swojej powieści w tym mieście i w tym okresie…
AG: Zgadza się, moje dwie wcześniejsze powieści: „Pomorzanie” oraz „Daleko od morza” rozgrywały się w powojennym Szczecinie. W „Pomorzanach” tamte czasy były pokazane dość pobieżnie, co wynikało z samego założenia powieści, która miała opowiadać o przyjaźni przerwanej przez tzw. „wielką historię”. Stąd ukazanie dwóch bohaterek w kolejnych dziesięcioleciach, od lat czterdziestych do siedemdziesiątych. „Daleko od morza” z kolei koncentrowało się bardziej na kwestii rodziny, odbudowy swojego życia w nowej rzeczywistości. I mogłoby się wydawać, że temat został wyczerpany (jak zresztą przez długi czas sama myślałam), jednak „Niepokorni” pokazują powojenny Szczecin z jeszcze innej strony. Tym razem obserwujemy rodzącą się nową rzeczywistość oczyma młodych ludzi, którzy przybyli do miasta z różnych stron Polski i weń powoli wrastają. W mojej nowej powieści jest mniej kontemplacji, a więcej działania, próby kształtowania rzeczywistości, wpływania na nią. Takiego powiedziałabym, boksowania się z życiem.
Czy zainteresowanie historią Szczecina wiąże się ze zgłębianiem własnej tożsamości?
AG: Po części na pewno, jest to temat, który zdarzyło mi się już eksplorować w moich powieściach. Jednak moim nadrzędnym celem, od samego początku, było pokazywanie historii Szczecina i miasta jako takiego. Choć to się powoli zmienia, wiedza o Szczecinie poza regionem jest dość skąpa, by nie użyć dosadniejszego określenia. Mogłabym napisać osobną powieść, składającą się z przekonań mieszkańców innych części Polski oraz ich uprzedzeń, więc wydaje mi się, że ta potrzeba wciąż jest żywa. Poza tym, uważam, że warto interesować się różnymi regionami, miastami, a nie wyłącznie skupiać się na największych i najbardziej rozpoznawalnych ośrodkach.
Nie tylko ludzie kształtują miasto, w którym żyją, ale również miasto kształtuje ludzi, a więc choć „Niepokorni” to powieść obyczajowa z elementami kryminału, chciałabym zapytać o Szczecin przed II wojną światową… Wojna była dla niego łaskawa?
AG: Szczecin przed II wojną światową jest tematem na osobny cykl powieści. Można na niego spojrzeć z różnych punktów widzenia: jako sypialnię Berlina, prowincję, znaczący ośrodek przemysłowy, dynamicznie rozwijające się miasto. To w Szczecinie budowano słynne „czterofajkowce” (transatlantyki, które konkurowały z brytyjskimi statkami pasażerskimi. Mówi się, że Titanic miał czwarty komin-atrapę, właśnie żeby wywoływać skojarzenie ze statkami budowanymi w szczecińskiej stoczni Vulcan), tutaj działała fabryka Stoewera, produkująca samochody (i nie tylko), a jednocześnie nie był to ośrodek akademicki. W trakcie drugiej wojny światowej Szczecin bardzo się rozrósł i w jej wyniku znacząco ucierpiał, ponieważ był to ośrodek przemysłowy. A potem stał się częścią polskiego „dzikiego zachodu”, wraz ze wszystkimi problemami z tym związanymi.
Nie wiedziałam, że Szczecin był przystankiem w drodze do Ziemi Obiecanej ocalałych z Holocaustu…
AG: Dzielnica, w której się wychowałam (Niebuszewo) była nazywana „Lejbuszewem”, ponieważ było to główne miejsce gromadzenia się ludności żydowskiej w mieście. W Szczecinie osiedlali się głównie repatrianci ze Związku Radzieckiego i ta społeczność kwitła do lat sześćdziesiątych. Niektórzy traktowali miasto jako przystanek na drodze albo do Palestyny, albo na Zachód, inni osiedli w nim na lata. Ta historia niby była znana, jako dziecko pamiętam, że starsi mieszkańcy potrafili coś napomknąć w temacie, gdzieniegdzie zachowały się również ślady ich obecności, ale do szerszej świadomości zaczęło to docierać kilka lat temu. Wydaje mi się, że duże znaczenie miała publikacja książki „Historia kręci drejdlem” Eryka Krasuckiego, przybliżająca losy społeczności żydowskiej na Pomorzu Zachodnim.
Szukali tu też schronienia przesiedleńcy z Kresów i innych części Polski oraz ścigani przez komunistów żołnierze podziemia…
AG: To prawda, powojenny Szczecin przyciągał wiele różnych grup ludzi, chociaż mieszkanie w nim wiązało się z ryzykiem. Nie było to bezpieczne miejsce, poza tym status miasta był niepewny. Istniało przeświadczenie, że Szczecin nie będzie Polski, że to takie tymczasowe miejsce, z którego prędzej czy później trzeba się będzie wynieść. Co ciekawe, podobne opinie utrzymywały się długo, czasem nawet ich echa da się słyszeć również dzisiaj w nawoływaniu do „oddania” Szczecina. Z pewnością osiedlenie się akurat tutaj wymagało niemałej odwagi, z drugiej strony zaś dawało szansę na stworzenie czegoś od podstaw, wejście w formujące się społeczeństwo. To też, z mojej perspektywy, musiało być kuszące, a na pewno prostsze, niż wpasowywanie się w istniejące od pokoleń hierarchie i struktury. I była to też doskonała przestrzeń do mniej lub bardziej nielegalnych działań.
Mówi się, że w Szczecinie było jak na dzikim zachodzie. Siłowali się szabrownicy, żołnierze Armii Czerwonej, agenci Urzędu bezpieczeństwa…
AG: Szczecin w tamtym czasie był tyglem na wielu płaszczyznach. Z jednej strony, osiedlali się tu ludzie z rozmaitych rejonów i klas społecznych i ich reakcje znacząco się różniły. Z drugiej strony, w mieście nadal pozostawała ludność niemiecka, którą wypychano do coraz to mniej korzystnych dzielnic. Do tego, jak wspominałam wcześniej, status miasta był niepewny, więc dla wielu osób była to jedyna w swoim rodzaju okazja do łatwego zarobku. Szaber kwitł zarówno wśród Polaków jak i Sowietów. Gdzieś przy tym, polskie władze starały się uruchomić miasto, odgruzowywać, porządkować ulice, zapewnić transport, aprowizację. I ci ludzie się ze sobą ścierali praktycznie codziennie. Oczywiście, z pewnością pojawią się głosy, że to nie tylko w Szczecinie tak to wyglądało, ale jednak Szczecin był w innym położeniu niż Gdańsk, Wrocław czy Warszawa. Nie istniała silna więź ludności polskiej z miastem ani z regionem. To też wpływało na podejście do historii miasta, do ocalałej tkanki miejskiej, zabytków.
Oddała Pani niezwykle realistycznie miasto i jego ówczesną codzienność. Z jakich źródeł Pani korzystała? Czytając „Niepokornych”, czuć atmosferę niepewności, niepokoju, strachu. Sięgała Pani do wspomnień, zdjęć, gazet?
AG: Podstawową pozycją były wspomnienia pierwszego prezydenta miasta, Piotra Zaremby. Poza tym, korzystałam również z opracowań naukowych, ale też gazet, wspomnień pionierów oraz zdjęć.
Nela, Zosia, Xymena, Tymon, Józek i Florian to główni bohaterowie książki. Z jednej strony są jak typowi młodzi ludzie w okresie maturalnym, z drugiej…
AG: Moi bohaterowie są zwyczajnymi młodymi dorosłymi, którym przyszło skończyć szkołę w nietypowych czasach. Chciałam, żeby każde z nich miało swoją przeszłość, ale nie jest to opowieść o nowym początku, ponieważ te postaci są de facto na samym początku długiego życia.
W jednym z wywiadów mówiła Pani, że stara się, by bohaterowie byli w Pani wieku…
AG: To prawda, z tym że taką powieść już napisałam i nosi ona tytuł „Daleko od morza” 😊 Przez długi czas nie chciałam wracać do tematu powojennego Szczecina, bo nie miałam pomysłu na to, co mogłabym przekazać kolejną powieścią. Na pewno nie chciałam tworzyć kolejnej wariacji na temat nieuchronnego upływu czasu, zmagania się z traumą i budowaniem życia od nowa. Dlatego „Niepokorni”, w przeciwieństwie do poprzednich powieści, koncentrują się bardzo na tu i teraz. Postaci nie roztrząsają szczególnie przeszłości, raczej patrzą do przodu. Też są dynamiczne, nie uwikłane (jeszcze) w pracę i rodzinę. Młodsze postaci nadają powieści inny charakter i wydźwięk i o to chodziło.
Różne charaktery… Inspirowała się Pani konkretnymi ludźmi?
AG: Nie, staram się nie wzorować swoich postaci na nikim konkretnym. Poza tym, tworzenie ich nie jest procesem do końca zaplanowanym i świadomym. Często przychodzą do mnie same, czasem już w pełni ukształtowane, innym razem znowu bardziej jako idea, albo pojedyncza cecha.
Bohaterowie mają różne doświadczenia, przedwojenne i te wojenne. Miałam poczucie, że każdy z nich reprezentuje inną grupę ludzi, którzy stworzyli polski Szczecin. Z tych pojedynczych historii tka Pani dużą historię…
AG: Jest to bardzo dobra obserwacja. Idea może się wydawać nieco szkolna i mam nadzieję, że wykonanie wyszło względnie naturalnie, ale zróżnicowanie pochodzenia poszczególnych postaci miało na celu pokazanie różnorodności grup osadników. Ono też pozwoliło stworzyć obraz tego nowego społeczeństwa i ścierających się w nim interesów. Dla jednych ich pochodzenie jest rzeczą do ukrycia, albo straciło swoje dawne znaczenie, innym ułatwia start w nowej rzeczywistości.
Poszukują bliskości, eksperymentują w miłości, snują plany. Szukają swojego miejsca. Nie godzą się na rzeczywistość?
AG: Powiedziałabym raczej, że bohaterowie chcą brać udział w kształtowaniu rzeczywistości. Dla nich najistotniejsza jest teraźniejszość, odnalezienie się w nowym mieście i różnymi metodami, próbują znaleźć sobie w nim miejsce. Oni są już dorośli, ale jeszcze wystarczająco młodzi, by zachować jeszcze swój idealizm. W trakcie trwania akcji „Niepokornych” ich ideały zostają skonfrontowane z rzeczywistością, jednak nie ma oczekiwanego „złamania”. Ponoszą konsekwencje swoich czynów, acz nie każdy z nich i czasem w zaskakujący sposób. Z mojej perspektywy oni ewoluują, dojrzewają, ale w gruncie rzeczy pozostają sobą: grupą nietuzinkowych ludzi, szukających własnego miejsca w świecie, pragnącą mówić swoim własnym głosem.
Czy wątek sensacyjny narodził się w Pani wyobraźni?
AG: Tak, i jest to moja pierwsza wyprawa w kierunku kryminalno-sensacyjnym. Właściwie idea nasunęła się sama, w końcu powieść jest o Szczecinie w latach 1946-1947, nie potrzeba było wiele by zostać wtedy uwikłanym w półświatek.
Jak zaczęła się Pani przygoda z pisaniem? Zawsze chciała Pani pisać?
AG: Chciałam pisać od dziecka, pierwsze opowiadanie spisał mój starszy brat (nie był z tego powodu zbyt szczęśliwy), składało się z trzech zdań. Potem zapełniałam zeszyty różnymi historiami, najczęściej fantastyką. Skrętu w stronę historyczno-obyczajową dokonałam późno, bo pod koniec liceum i tak już zostało 😊
Jakie są Pani plany na przyszłość? Czy możemy spodziewać się nowych książek lub projektów?
AG: Jak najbardziej, w planach jest zarówno powieść rozgrywająca się w Gdańsku jak i w Szczecinie. Tym razem nie będzie powrotów do znanych mi epok, a raczej głębsze eksplorowanie historii obu miast.
Ciekawi mnie jeszcze jedna kwestia. „Niepokorni” uświadomili mi, że Szczecin to dla mnie terra incognito. Mało się o jego historii mówi?
AG: W samym Szczecinie mówi się bardzo dużo, jednak w skali kraju mam odczucie, że historia miasta jest sprowadzana do „to było niemieckie miasto” i tyle. Wspominałam wcześniej o mojej kolekcji rozmaitych zasłyszanych stereotypów i przesądów dotyczących Szczecina. Moje dwa ulubione to przekonanie, że to małe, prowincjonalne miasto, w którym nic się nie dzieje (i zaskoczenie, że to nie jest 20-tysięczna miejscowość) oraz to, że Szczecin jest wyludnionym miastem, z całymi opustoszałymi osiedlami. A no i że Niemcy zabiorą, więc po co się interesować, to też jest taki klasyk, chociaż głównie wśród starszych rozmówców. Jednak stwierdzam również, że nie jest to problem wyłącznie Szczecina, a w zasadzie większości miast w Polsce, poza pierwszymi pięcioma czy sześcioma metropoliami.
Tak czy inaczej Pani książka jest nie tylko pasjonująca fabularnie, ale też niezwykle inspirująca.
AG: Bardzo mnie to cieszy 😊
Magda Kaczyńska







