NOWA KSIĄŻKA ARTURA GÓRSKIEGO!

Przegląd

Z przyjemnością przedstawiamy najnowszą ksiażkę bestsellerowego autora Artura Górskiego „Po prostu zabijałem”. Tym razem dziennikarz, pokusił się o napisanie powieści opartej na doświadczeniach swojej pracy oraz rozmowach z osadzonymi, jak i organami ścigania. 

 po-prostu-zabijalem

Ta spowiedź seryjnego mordercy nie jest listą jego ofiar. Nie jest też podręcznikiem zabijania – bohater tej wstrząsającej książki niechętnie wchodzi w szczegóły swoich zbrodni. Zresztą ktoś, kto pozbawił życia kilkadziesiąt osób nie jest w stanie odtworzyć, jak likwidował kolejne cele. Zabijał – jak twierdzi – by przetrwać, a nie po to, by czerpać chorą satysfakcję z zadawania cierpienia i zabijania. Niczym w grze komputerowej, eliminował przeszkodę i przechodził na następny poziom gry. Książka Artura Górskiego – autora bestsellerowej serii Masa o polskiej mafii – pokazuje, jak łatwo wkroczyć na drogę zbrodni i przyzwyczaić się do tego, co teoretycznie niewyobrażalne dla większości z nas: do zabijania.

FRAGMENT KSIĄŻKI:

 

Nareszcie się obudziłeś.

A ja na to: – A czemu to pana interesuje?

No, bo pomyślałem sobie, że jak taki młody, to pewnie ma mocny sen i przegapił swoją stację.

Nic nie przegapiłem, ja śpię czujnie.

Tylko starzy ludzie śpią czujnie. Młody, jak padnie, to jak kłoda.

A pan to niby skąd wie? Pan też przecież niestary…

Ale na pewno trochę starszy. I bardziej doświadczony. Ja mam na imię Piotr. A ty?

Zbyszek.

Miło mi, Zbyszku. Widzę, że najwyraźniej niepotrzebnie się o ciebie martwiłem. Rozumiem, że nie przespałeś swojej stacji.

Nie, ja wysiadam dopiero w Radomiu…

Świetnie się składa, bo ja też z Radomia. Za jakieś dziesięć minut będziemy na miejscu.

A ja nic na to, bo powoli zaczynam się orientować, co jest grane. Czasem się mylę, ale przeważnie trafiam bez pudła. Wzrok rozmówcy prawie nigdy mnie nie zwodzi. Nie sądzę, żeby facet miał na imię Piotr, jednak jakie to ma znaczenie? Ja też nie jestem Zbyszek. To znaczy czasem jestem, ale na chrzcie dostałem zupełnie inne imię. W pociągu występuję pod różnymi tożsamościami.

Gdzie mieszkasz, może jesteśmy sąsiadami?

Na Zielonej, prawie za miastem.

Aha, gdzieś pod lasem. Lato leśnych ludzi… Jeśli nie masz nic przeciwko, mogę się z tobą przespacerować. Ja też jestem z tamtej okolicy, więc to po drodze, a miło się z tobą rozmawia.

Mnie z panem też…

Potem wysiadamy i idziemy przez miasto. Gdy domy zaczynają się przerzedzać, a niebo kryje się w mroku, Piotr – czy jak on tam ma na imię – zaczyna się do mnie przytulać. Gładzi mnie po plecach, zjeżdża dłonią do pośladków, lekko je uciska, potem kładzie rękę na moim ramieniu. Cały czas pieprzy jakieś farmazony, coś o męskiej przyjaźni, o samotności, o próżności kobiet, o tym, że człowiek nie rozumie człowieka. W końcu całuje mnie w policzek. Ja się nie opieram – dobrze wiedziałem, że akcja będzie się rozwijała w tym kierunku. On też słusznie wyczuł, że jestem facetem gotowym podjąć rzucone wyzwanie, tylko jeszcze nie wie, na czym będzie polegała moja reakcja. Jest niesamowicie napalony, z każdą chwilą coraz bardziej. Im łaskawiej pozwalam mu się macać, tym dziwniej bełkocze – jest już w kosmosie i dywaguje na temat samotności kosmonautów. Trafił mi się wyjątkowy przychlast. Dlatego zaproponowałem spacer w kierunku lasu. Przez lata podróżowania pociągiem dobrze poznałem kraj – orientuję się, gdzie są lasy, gdzie są rzeki, jeziora i odludne miejsca. Wiem, dokąd prowadzić pedałów. Gdyby zaczepił mnie pod Poznaniem czy Olsztynem,

znałbym odpowiednie miejscówki. Gdy zbliżyliśmy się na odległość stu metrów od pierwszych drzew Lasu Janiszewskiego, zapytał:

Ile?

A ja na to:

Ile? A za co?

Żartujesz? Za darmo przecież tego nie robisz… Zrób buzią, ja też trochę cię popieszczę i pójdziesz do domu.

Skinąłem głową, że niby w porządku. Weszliśmy do lasu. Stanął przy jakiejś brzozie i zaczął rozpinać spodnie. Widać było, że bardzo mu się spieszy i każda chwila zwłoki boli go jak atak wyrostka robaczkowego. Wyciągnął z kieszeni płaszcza portfel i pomachał nim przed oczami. Powiedział:

Ja już jestem gotowy. Nie zawiedź mnie, nie pożałujesz.

A ja na to:

Ty kurwo męska pieprzona. Ty myślisz, że ci obciągnę druta, bo takie masz życzenie? Twoją forsę i tak wezmę, a ty już żywy stąd nie wyjdziesz.

Błyskawicznym ruchem wyciągnąłem z kieszeni spodni sprężynowy nóż i zatopiłem go w piersi Piotra – spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem, coś wycharczał i zaczął się osuwać po pniu brzozy na ziemię. Krew płynęła po jego nabrzmiałym przyrodzeniu. Zaraz potem skonał. To trwało bardzo krótko – nie chciałem tego przeciągać. Nie byłem żadnym seryjnym mordercą, który czerpie radość z widoku konającej ofiary. Nie fundowałem mu umoralniających kazań, nie znęcałem się nad nim ponad miarę. Po prostu go zabiłem – szybko, niemal bezboleśnie. Tak jak wielu przed nim i wielu po nim. Zabiłem kilkadziesiąt osób, a jednak nie uważam się ani za psychopatę, ani za potwora. Zabijałem, żeby żyć. A inaczej żyć nie umiałem. Bo nikt mnie nie nauczył. Ale o tym za chwilę. Piotra akurat zakopałem i o ile wiem, nigdy go nie odnaleziono. Być może nawet nikt nie zgłosił jego zaginięcia. Ale wielu pozostawiłem na łące, zupełnie nie troszcząc się o to, co się stanie z ich ciałami. Dopóki to nie były moje zwłoki, to nie był mój problem. Gdybyś wiedział, o ilu zabitych nikt nigdy się nie upomniał… Samotność to straszna rzecz. Samotność i brak miłości.

Kategorie: Literatura

Skomentuj

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować.