Ostatni taki koncert, pierwsza taka biografia

Ostatni taki koncert, pierwsza taka biografia
 
Ostatni taki koncert, pierwsza taka biografia
 
Wpływy z trasy światowej zespołu The Police w latach 2007-2008 przekroczyły już 100 milionów funtów. A jej sukces potwierdził wyjątkową pozycję tria, znanego z takich przebojów, jak „Roxanne”, „Message In A Bottle”, „Walking On The Moon”, „Don’t Stand So Close To Me”, „De Do Do Do, De Da Da Da”, „Invisible Sun”, „Every Little Thing She Does Is Magic” i „Every Breath You Take”, w historii muzyki rockowej. „Spacerując po Księżycu” to pierwsza książka o The Police w języku polskim, porządkująca fakty, ale też odkrywająca wiele nieznanych szczegółów i – w części fotograficznej – intrygujących momentów ze wspólnej kariery Stinga, Stewarta Copelanda i Andy’ego Summersa. „Spacerując po księżycu” to kolejna, po antologiitekstów i przekładów Stinga, niespodzianka przygotowana z okazji koncertu The Police, przezpoznańskie wydawnictwo In Rock. Autorem książki jest Wiesław Weiss, znany i ceniony dziennikarz muzyczny, redaktor naczelny magazynu „Teraz Rock”.
 
Fragment książki:
Sonja Kristina, przed laty wokalistka zespołu Curved Air, nawet dziś niechętnie wraca myślami do koncertu, który dała z nim 5 grudnia 1976 roku w Newcastle Polytechnic. Wyjątkowo nieudanego koncertu. Muzykom, zadłużonym u firmy płytowej,u menażera i nie wiadomo u kogo jeszcze, ściganym przez urząd skarbowy, brakowało jednak motywacji, by zagrać z energią i żarem, jakich można było od nich oczekiwać. Gdyby jeszcze publiczność dopisała! Niestety, przestronna sala świeciła pustkami. Mało kto już wówczas pamiętał jedyny przebój Curved Air, „Back Street Luv” z 1971 roku. Podobnie jak duże płyt grupy, bardzo zresztą udane, pomysłowo łączące rock z muzyką dawną i współczesną, folkiem i jazzem, ale należące do epoki, która wraz z pojawieniem się punk rocka wydawała się odchodzić w niepamięć.
Los Curved Air był przesądzony. Decyzja o uśmierceniu formacji po wywiązaniu się ze wszystkich zobowiązań, a więc w styczniu 1977 roku, zapadła kilka tygodni wcześniej. Ale chociaż wspólne granie było rozdziałem zamkniętym, muzyków bardzo zabolały słowaorganizatora koncertu, towarzyszące wypisywaniu czeku: Tysiąc funtów? Nie jesteście tylewarci! Kristina i jej chłopak, perkusista Curved Air, Amerykanin Stewart Copeland, nie mieli jednak zamiaru rozpamiętywać porażki samotnie w hotelowym pokoju. Poprosili miejscowego dziennikarza, korespondenta tygodnika „Sounds”, Phila Sutcliffe’a, którego znali z wcześniejszych wyjazdów do Newcastle, by im zapewnił na ten wieczór dwie-trzy godziny dobrej zabawy. W ten sposób trafili do stołówki St. Mary’s College, gdzie nawet o tak późnej porze można się było napić piwa, a także posłuchać miejscowej grupy jazzrockowej The LastExit z ubranym w drelichy, brodatym wokalistą i basistą Gordonem Sumnerem, zwanym Stingiem.
Stewart wspominał w późniejszych latach: To był okropny koncert, kawałki po siedem minut, wymagające skupienia. A jednak publiczność szalała – z powodu Stinga. Z powodu jego gadek.Z powodu jego śpiewu. Z powodu jego prezencji. Sting już wtedy miał to coś, co ma dziś…
A Sonja twierdzi: Już tam w Newcastle zobaczyłam w nim kogoś, kto bez trudu zawładnąłby stadionem.Po występie Sutcliffe przedstawił obojgu frontmana The Last Exit. Doszło do krótkiej rozmowy i może także do wymiany telefonów, ale jeśli nawet tak było, perkusista karteczki nie zachował. O Stingu przypomniał sobie na początku stycznia, kiedy grupa Curved Air miała jużza sobą pożegnalny koncert, odegrany bez pompy w Winter Gardens w prowincjonalnym Malvern.
Stewart od kilku tygodni, a może i miesięcy planował utworzenie własnego zespołu. Wiedział, że musi to być coś zupełnie innego niż Curved Air. Marzył o niewielkim składzie, najlepiej trzyosobowym, aby koszty były jak najmniejsze. Sam chciał wziąć na siebie obowiązki menażera, bo po pierwsze nie zamierzał nikomu płacić za prowadzenie wspólnych interesów, a po drugie chciał dopilnować, by formacja nie popadła w długi, z których później trudno byłoby jej się wygrzebać, jak to się stało z Curved Air. Chociaż nie miał większych doświadczeń kompozytorskich, zaczął tworzyć repertuar dla wymyślonego tria: proste, krótkie, naładowane energią utwory wyrastające z ducha punkowego zrywu. Wiedział bowiem, że od czasu debiutu Sex Pistols tylko takich
rzeczy chcą wytwórnie płytowe, pisma muzyczne i wypełniająca kluby młodzież. Zresztą bardziej wyszukanych piosenek nie umiał komponować. Wymyślił też nazwę dla zespołu: The Police, swoisty hołd dla ojca, agenta CIA działającego przez lata na Bliskim Wschodzie. Był tylko jeden problem: nie umiał znaleźć odpowiednich muzyków. Nie pomogło nawet ogłoszenie,
które umieścił w prasie. Wtedy przypomniał sobie o Stingu, który wykonywał co prawda muzykę bliższą jazzu niż rocka, spod znaku – jak sam mówił – Return To Forever Chicka Corei, ale miał ciekawy, ekspresyjny głos, łatwość nawiązywania kontaktu z publicznością, charyzmę. Copeland kilka dni szukał Sutcliffe’a, aby wyciągnąć od niego numer telefonu Stinga.
I w końcu zadzwonił, podobno 6 stycznia, kiedy wokalista na jednym z ostatnich wspólnych koncertów z The Last Exit żegnał się z publicznością Newcastle przed planowanym od dawna wyjazdem do Londynu. Sting co prawda owej rozmowy nie pamięta. Nie wspomina o niej w swojej książce „Niespokojna muzyka”; twierdzi, że to on już po przybyciu do stolicy odezwał się, właściwie bez przekonania, do Copelanda. A niezobowiązujące spotkanie, pełne muzyki, zaowocowało powstaniem zespołu. Jakby nie
chciał zaakceptować faktu, że idea The Police kiełkowała w głowie perkusisty od dawna. I że to on pociągał – w każdym razie w tym początkowym okresie – za sznurki. On zdecydował się na Stinga, on zadzwonił, on przedstawił dokładny plan działania. I miał szczęście, że basista nie tylko był gotów spróbować, co z tego wyniknie, ale już za dwa dni miał się zjawić w Londynie.
 
Kategorie: Hobby i Poradniki

Skomentuj

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować.