„Spowiedź” Dawida Janczyka. Wstrząsająca książka piłkarza

Przegląd

Kiedy po Młodzieżowych Mistrzostwach Świata w Kanadzie zgłosiły się po niego najlepsze kluby Europy, wydawało się, że drzwi do piłkarskiego raju stoją przed nim otworem. Transfer 19-letniego Dawida Janczyka do CSKA Moskwa za rekordowe 4,2 mln euro okazał się przekleństwem, które zapoczątkowało jego upadek. „Moja spowiedź” to gorzka opowieść o samotności, złym towarzystwie, nałogu i szybkiej drodze w dół jednego z największych talentów polskiej piłki.

NAJLEPIEJ SPRZEDAJĄCA SIĘ KSIĄŻKA SPORTOWA JESIENI!!!!

Wielki talent. Rekordowy transfer. Nałóg, który zniszczył wszystko.

Świetny występ w młodzieżowych mistrzostwach świata w Kanadzie w 2007 roku pokazał, jak wielki drzemie w nim talent. Stawiano go w jednym szeregu z Sergio Agüero, chciały go u siebie Inter i Atlético, ale za rekordowe 4,2 miliony euro trafił do CSKA Moskwa. Stolica Rosji miała być trampoliną do wielkiej kariery Dawida Janczyka. Okazała się przekleństwem, które zapoczątkowało jego upadek…

„Moja spowiedź” to rozliczenie się z przeszłością jednego z największych talentów w historii polskiego futbolu. To opowieść o samotności, niewłaściwym towarzystwie, wizytach w najlepszych nocnych klubach, łatwych pieniądzach, braku cierpliwości. I o nałogu, który może rozpocząć się od jednego drinka.
Miał wszystko, by zostać drugim Lewandowskim. Dziś już nawet nie odcina kuponów od dawnej sławy. Walczy o powrót do normalnego życia.

Dawid Janczyk Moja spowiedź
Autor:
Dawid Janczyk, Piotr Dobrowolski
Data wydania:
19 września 2018
Format:
140 x 205 mm
Liczba stron:
336 tekst i 8 zdjęcia
ISBN:
978-83-8129-252-8
Sugerowana cena detaliczna:
39,99 zł

FRAGMENTY KSIĄŻKI

Młodzieżowe Mistrzostwa Świata w Kanadzie:
Na papierze nie mieliśmy z Argentyńczykami szans. Sergio Agüero – wtedy Atlético Madryt, dziś Manchester City, Ángel Di María – SL Benfica, teraz PSG, Gabriel Mercado – Racing Club, dziś Sevilla, Éver Banega – Boca Juniors, dziś Sevilla, Pablo Piatti – Estudiantes La Plata, obecnie RCD Espanyol, Sergio Romero – wtedy Alkmaar, a dziś Manchester United. Mógłbym wymienić jeszcze kilka znanych na całym świecie nazwisk zawodników, którzy już 11 lat temu uznawani byli za czołowych piłkarzy świata w swojej kategorii wiekowej. Dla nich byliśmy anonimami.
– No to co, że są bardziej znani?! Wyjdźcie i walczcie.
Pokażmy dumę, że jesteśmy Polakami – krzyczał w szatni Jarek Fojut, lider naszej obrony, który przeciwko Argentynie nie mógł zagrać za żółte kartki.
Do przerwy jeszcze jakoś się trzymaliśmy, choć tuż przed końcem pierwszej połowy Di María wyrównał. Owszem, gnietli nas bardzo, ale dawaliśmy radę. Trzeba uczciwie przyznać, że byli piłkarsko lepsi, ale nie spodziewałem się, że takie z nich fiuty. Co chwilę jakieś złośliwości, lekceważące uśmieszki, dogadywania. Mnie faulowali niemal w każdej akcji od pierwszej minuty. Wiedzieli, że gramy jednym napastnikiem i że jak mnie skasują, to nasi będą mieli spory kłopot. Tak mną poniewierali, że na przerwę zszedłem cały posiniaczony, z naciągniętym mięśniem czworogłowym. Masażyści sugerowali trenerowi Globiszowi zmianę, ale uparłem się, że nie zostawię chłopaków, że stać nas, by odpłacić tym gwiazdorkom za ich zachowanie i wygrać. Nie myślałem o żadnej koronie króla strzelców ani o tym, że po pierwszej połowie mieliśmy z Agüero po trzy gole zdobyte na mundialu. Chciałem wyjść i walczyć, pokazać, że nie jesteśmy jakimiś kelnerami, że nie można nas bezkarnie poniżać.
Trochę przeliczyłem się z siłami. „Czwórka” tak dawała mi się we znaki, że częściej dreptałem po murawie, niż biegałem. Ale nie mogłem zostawić kolegów. Zresztą każdy z chłopaków myślał tak samo. Walczyliśmy do upadłego. Niestety – jeszcze zanim dobrze zdążyliśmy się ustawić, Agüero trafił na 2:1. W końcówce strzelił trzeciego gola i było pozamiatane. Może gdyby był z nami Jarek Fojut, wszystko potoczyłoby się inaczej? Nie wiadomo. Choć z drugiej strony Agüero już wtedy umiał wszystko…

Legia:
W Legii nic nie działo się z przypadku. Także to, że w szatni posadzono mnie między Łukaszem Surmą a Piotrkiem Włodarczykiem, którzy trzęśli zespołem. Pokazano mi w ten sposób, jak bardzo przy Łazienkowskiej na mnie liczą. Sielanka trwała jednak krótko. Vukoviciowi i starszyźnie podpadłem po tygodniu znajomości. Zrobiłem sobie hardkorowego irokeza. Wygolony na łyso po bokach, na środku czaszki zostawiłem tylko pasek krótkich włosów. Kiedy wsiadłem do samochodu w czapeczce, jakiej nigdy wcześniej nie nosiłem, „Vuko” od razu zorientował się, że coś jest nie tak.
– Zdejmuj czapkę – zażądał. A kiedy spełniłem polecenie, zaczął się pieklić: – Pojebało cię?! Co ty jesteś, jakiś 50 Cent?! Kurwa, zacznij najpierw coś grać, a potem strugaj gwiazdę!
Choć nie powiedział tego wprost, to tym opierdolem przygotował mnie na przyjęcie w klubie. Nie było miło. Kiedy się przebierałem, nikt nie skomentował mojej fryzury, ale pełne dezaprobaty spojrzenia były bardziej wymowne i bolały mnie bardziej niż szydera…
„Vuko” miał do mnie specyficzne podejście. Poza boiskiem – ojciec, brat, najlepszy przyjaciel. Oddałby ostatnią koszulę, pomógł w każdej sytuacji, doradził, pocieszył, zmotywował. A na treningu kat lub, jak wtedy uważałem, psychol. Modliłem się, żeby na gierce nie trafić do jego grupy. Każde moje zagranie, dobre czy złe, było komentowane i krytykowane. Piłka do mnie, ja celne podanie, a tu… jazda.
– Młody, kurwa, przyłóż się! To jest Legia! Nie jesteś na wczasach! Ruchy!!! To jest podanie?! Zeza masz?!!! – I tak w kółko. Jazda, jazda, jazda… Już bym wolał, jak inni młodzi, czyścić „starym” buty niż być tak jebanym.

CSKA Moskwa:
W tej sytuacji chcąc nie chcąc powalczyłem o spotkanie z wiceprezydentem Romanem Babajewem, który sprowadził mnie do CSKA. Po pewnym czasie dostałem sygnał od pracowników klubu, że mam się u niego stawić. Pojechałem do „rudery”, znów domofon, ochroniarze z kałachami, obskurny korytarz i wreszcie gabinet wiceprezydenta. Rozmowa była krótka.
– Skoro nie gram, to mnie wypożyczcie. Jestem za młody, żeby tracić czas na ławce – zażądałem.
Roman się uśmiechnął i zaczął tłumaczyć jak niesfornemu dziecku, że o wypożyczeniu nie ma mowy, bo na mnie liczą, i że już wkrótce będę grał.
Wtedy coś we mnie pękło. W drodze do domu kupiłem flaszkę. Jeden drink, drugi, bo nienawidzę czystej wódy i… złość minęła. I tak dwa, trzy razy w tygodniu. Ale pod kontrolą. Tak mi się wówczas wydawało. Nie zdawałem sobie sprawy, że nie trzeba się uchlać, zarzygać czy stracić świadomości, żeby być alkoholikiem. Uzależnionym można się stać, wypijając dwa drinki czy dwa piwa co wieczór. Bo to nie ilość się liczy. Wszystko jest w głowie. I jeśli przez cały dzień czekasz na moment, kiedy sobie polejesz, to już jest znak, że przekroczyłeś cienką czerwoną linię. Tak było ze mną. Zacząłem popijać w czasach Legii, ale alkoholikiem stałem się w Moskwie. Tyle że jeszcze piłem z głową. Zaczynałem po powrocie z bazy, około 16.00–17.00. Kilka drinków i o 19.00 odstawiałem butelkę. Pilnowałem się, żeby następnego dnia na treningu nikt się nie domyślił, że coś spożywałem. W żadnym z klubów, w których grałem, nigdy nie złapano mnie pod wpływem czy na kacu. Jeżeli czułem się źle, to w ogóle nie wychodziłem z domu. Ale tak działo się w późniejszym okresie. W CSKA byłem młody, wytrenowany i w gazie. Mogłem wypić beczkę whisky, a i tak następnego dnia nic by po mnie nie było widać. Jeśli piłem sam, to w domu. Nigdzie nie wychodziłem, z nikim się nie widywałem. Tylko Caner Erkin nie wiedział, o co chodzi, bo coraz częściej wymawiałem się od wspólnych partyjek w FIFĘ.

Pomocna dłoń od Leśnodorskiego i Magiery:
Od dwóch dni trzeźwiałem. Pod koniec stycznia, koło południa, zadzwonił do mnie Jacek Magiera, wtedy trener drugiej drużyny, i powiedział, żebym był gotowy, bo za pół godziny będzie u mnie z prezesem Leśnodorskim. Po dwutygodniowym cugu wciąż się trząsłem, nie miałem siły wstać. Dogorywając w łóżku, zastanawiałem się, skąd ludzie z Legii wytrzasnęli mój numer.
To był okres, kiedy albo po pijaku gubiłem telefony, albo co kilka dni zmieniałem numer, żeby ludzie się ode mnie odwalili. Odciąłem się od wszystkich znajomych. Prezes i „Magic” musieli sobie zadać wiele trudu, żeby mnie znaleźć. Telefon Jacka zbiegł się z artykułami o tym, że się stoczyłem i że jestem na dnie. Widocznie do tego stopnia ich poruszyły, że chcieli mnie ratować.
Zwlokłem się z łóżka. Prysznic kosztował mnie tyle wysiłku, ile w dobrych czasach dwa mecze wybiegane z rzędu. Żona pomogła mi się ubrać i wtedy zabrzmiał dzwonek domofonu. Magiera:
– Schodź. Jesteśmy.
Brak sił, pot, lęki, moralniak. I najgorsze: poczucie wstydu, że tak się złachmaniłem. Ale zszedłem. Pod blokiem czarne maserati, a obok stał prezes Bogusław Leśnodorski. Na żywo widziałem go pierwszy raz. Kawał chłopa. Ciemne okulary, dobre ciuchy. Lans. Obok Jacek. Jak to on, stonowana elegancja.
– Dzień dobry, panie prezesie, panie trenerze. – Mimo że byliśmy z Jackiem kolegami z drużyny, zawsze zwracałem się do niego per „panie trenerze”. Z szacunku.
– Cześć, Dawid. Jesteśmy tu, żeby ci pomóc. Chcemy, żebyś wrócił do grania. Zostawiam cię z trenerem Magierą. On ci wszystko powie – oznajmił prezes.
Leśnodorski ma wyjątkową umiejętność burzenia dystansu w kontakcie z rozmówcą. Chociaż czułem się jak wymęczony przez wódę szmaciarz, nie dał mi odczuć, że jestem gorszy. Mimo że widzieliśmy się pierwszy raz, każdym gestem pokazywał, że i jemu, i Jackowi na mnie zależy.
Kurczę, co za goście! Mogą mieć każdego piłkarza w Polsce, a przyjeżdżają do mnie, steranego wódą, bezrobotnego lumpa… – pomyślałem i łzy zakręciły mi się w oczach. Nie mieściło mi się to w głowie: prezes Legii przyjeżdża mnie ratować. PREZES Legii!
Magiera zaprosił mnie do kawiarni niedaleko mojego domu:
– Jutro jesteś na treningu – rozkazał, kiedy usiedliśmy.
– Trenerze, przecież widzi trener, jak wyglądam. Nie dam rady…
Jacek zamówił mi colę. Tak trzęsły mi się ręce, że nie mogłem podnieść szklanki.

Tagi: SQN