O twórczości Marty W. Staniszewskiej

Przegląd

Udostępnij
Share on Facebook0Tweet about this on Twitter0Share on LinkedIn0Share on Google+0

model-1210171_1280

Przygodę z pisaniem rozpoczęła od wierszy wojennych, później były opowiadania obyczajowe i historie fantasy, aż w końcu odkryła w sobie właściwe powołanie – romanse erotyczne. Mowa o Marcie W. Staniszewskiej, autorce erotyków, które niedawno miały swoją premierę. Znana, lubiana, chętnie czytana pisarka odpowiada na pytania czytelników.

Dlaczego zaczęła Pani pisać właśnie romanse erotyczne? Co Panią fascynuje, pociąga w tym gatunku literackim? 


Marta W. Staniszewska: Nie pierwszy raz powiem, że literatura erotyczna to bajka, a bajki łatwo się pisze, bo w wyobraźni układają się same. Kiedy piszę moje historie, przeżywam je razem z moimi bohaterami. To takie intymne oderwanie od rzeczywistości, która sama w sobie nie jest niczym złym, ale tak jak kiper potrzebuje oddechu nawet od najpiękniejszego zapachu, tak ja czasem muszę się wyrwać, pofantazjować, polatać z głową w chmurach.


Wszyscy na wszystko narzekają, marudzą wszystko ich denerwuje. Stąd moje pytanie co Panią najbardziej raduje i cieszy w życiu? I co poradziłaby Pani osobom, które wiecznie narzekają i marudzą, aby zmienili spojrzenie na otaczający ich świat? 


M.W.S.: W ostatnim czasie najbardziej cieszą mnie chwile takie jak ta, kiedy siedzę wczesnym niedzielnym porankiem w moim salonie, za oknem coś ćwierka i pohukuje, deszcz uderza w pierwsze liście. Popijam gorzką kawę i ze zmokniętym kotem za towarzysza (bo właśnie wrócił z porannych wojaży) mogę odetchnąć od wszystkiego i wszystkich. Lubię momenty ciszy i samotności. Takich chwil mam jak na lekarstwo. Spędzam je wtedy najchętniej z moją lub cudzą książką. 

Rada? Doceń to, co masz. Jest zbyt wielu ludzi, którzy mają w życiu znacznie trudniej niż ty. 

Ja mam jedno pytanie, które mnie zastanawia coraz bardziej w dobie pikantnych książek. Czytamy te książki o miłości (duchowej czy/i fizycznej), książki nas pochłaniają, motywują, inspirują, czasem mamy motyle w brzuch.. Wiadomo. A jak to wygląda z pkt. widzenia pisarza? Pierwszymi recenzentami na pewno są najbliżsi. Czy mąż nie czuje się zawiedziony że rzeczywistość jest inna? Czy nie uznaje tego, jako romans z postacią która powstała w wyobraźni? 

M.W.S.: Pierwszym recenzentem jest zawsze moja siostra, która tak jak ja lubi erotyki, choć odkryła je dopiero, kiedy zaczęłam je pisać 🙂 Moje powieści piszę dla kobiet, zatem z doświadczenia oboje z mężem wiemy, że on, będąc facetem z krwi i kości, marnie znosi ochy i achy nad boskimi samcami z romansów i to nie z racji zazdrości, a raczej naturalnych odruchów. 

Literatura erotyczna jest jak komedia romantyczna. Kobiety pochłaniają każdą scenę z biciem serca. Biorą to, co daje im autor, później chwilę pocierpią nad światem: że nie taki, jak w książce lub filmie, ale szybko wracają do normalności. To nie jest tak, że ja piszę o tym, o czym marzę, choć oczywiście po części przeżywam życie moich bohaterów. To bardziej jest tak, że piszę o tym, o czym marzy większość, i staram się im dać odrobinę radości z czasu z książką. A mąż chyba nie musi czuć się zagrożony 😉 


Na jakie chmury Pani najczęściej wskakuje myślami? 


M.W.S.: Haha, dobre pytanie! Moje myśli są dość rozbiegane i chaotyczne. Czasem więc skoczą tam, czasem gdzieś indziej. Często muszę je przywoływać do porządku. Zwłaszcza przed snem. Mam takie miejsce, gdzie udaję się, gdy mam kłopoty z zaśnięciem. Wyobrażam sobie wtedy, że jestem nocą na plaży, na bezludnej wyspie (ale nie powiem na której wyspie, żeby nadal była bezludna 😉 ). Przede mną morze uderzające falami, za mną szumiące palmy, a nade mną niebo usłane gwiazdami. Wciskam stopy w lekko wilgotny i ciepły piasek, i wtedy zasypiam. 

Skąd czerpie Pani natchnienie? 

M.W.S.: Skąd się da 🙂 Z rozmów z ludźmi, z seriali, z filmów, innych książek. Staram się dużo czytać. To daje mnóstwo pomysłów. Nieraz czytam coś i myślę sobie – kurcze, ja bym to inaczej napisała, i bum! piszę 😉


Czy jest w Pani życiu ktoś, kogo nigdy Pani nie zapomni, a komu pozwoliła Pani odejść? 

M.W.S.: Jest w moim życiu kilka osób, których nigdy nie zapomnę i które wryły się we mnie zbyt mocno, aby je wymazać. Dawne miłości, przyjaciele, znajomi… Jeśli odeszły, to tylko, dlatego, że im na to pozwoliłam niezależnie od okoliczności. Miłość i przyjaźń, to uczucia altruistyczne – przynajmniej w idealnym świecie…

Urzekły mnie okładki Pani książek i stąd pytanie: czy autor ma na ich wygląd jakikolwiek wpływ? Na przykład wydawca proponuje kilka opcji i pozwala dokonać wyboru? 

M.W.S.: Nie wiem, jak jest w przypadku innych autorów, ale moje okładki są mojego własnego projektu. Zastanawiam się jak chciałabym, żeby wyglądała taka okładka – co by mnie skusiło do przeczytania, co pokazałoby treść, wnętrze książki, a potem szukam odpowiedniego zdjęcia. Twarze są ucięte celowo, tak aby każdy mógł wyobrazić sobie swojego Aleksa i swoją Sophie, ale okładka ma jednoznacznie sugerować treść… Oczywiście dopracowywał je grafik, ale pomysł na zdjęcie i czcionkę był mój. Myślę, że ostateczne zdanie zawsze ma autor, choć powinien się liczyć z opinią Wydawcy – to w końcu Oni są tu ekspertami 😉 

W Polsce ostatnio modne są trylogie (może dlatego, że żyjemy w kraju Sienkiewicza), a Pani napisała dylogię. Z przekory? 

M.W.S.: Trochę tak. Nie lubię, gdy historia wlecze się na siłę, gdy pojawia się kolejny tom zakończony tak, żeby zmusić do przeczytania następnego. Można napisać jedną dobrą książkę i zmieścić w niej cudowną treść, można też stworzyć pięć marnych tomów ciągnących się w nieskończoność. Pod koniec drugiej części wahałam się, jak pokierować losem Aleksa i Sophie. W rezultacie zdecydowałam, że książkę zakończę tak, aby móc rozwinąć losy innych postaci, ale nie musieć tego robić. Mam za dużo pomysłów na nowych bohaterów, żeby podtrzymywać życie poprzednich 🙂 

W „Nigdy cię nie zapomniałam” nawiązuje Pani do mitologii nordyckiej. Ciekawi mnie, skąd taki pomysł, i jakie ma on znaczenie dla fabuły książki? 

M.W.S.: Chciałam, żeby czytelnik zobaczył w Aleksie, to co widziałam ja – niezwyciężonego, seksownego Thora o blond włosach, jak w ekranizacji. Nawet mój mąż wie, jak Chris Hemsworth na mnie działa… 😉 Johnny to Hajmdal (od staroislandzkiego Heimdall = „Początek Wszystkiego”), to dzięki niemu Aleks i Sophie zmów się spotykają, Linde to główny przeciwnik Thora – Jormungand – w mitologii nordyckiej gigantyczny wąż opasujący Midgard. Wąż rósł w otchłaniach, aż w końcu przyjął takie rozmiary, iż otaczał cały świat i mógł ugryźć własny ogon. Historia zła w serii Nigdy też zatacza koło. Na końcu okazuje się, kto tak naprawdę był źródłem większości zły. 

Czy zgodzi się Pani z moim poglądem (a pisze od lat), że opisywanie codziennego życia, znanego ludziom jest w dużej mierze powielaniem ich kłopotów. Czy nie lepiej wprowadzić czytelnika w całkowicie mu obcy świat fantasy, taki który spowoduje, że choć na chwilę zapomni o swoim zazwyczaj szarym dniu i dzięki temu się zrelaksuje? 

M.W.S.: Zgadzam się. Co więcej uważam, że romanse na równi z literaturą fantasy dzielnie przeciwstawiają się codzienności. Romans to bajka o księciu na białym rumaku. Facet w tej bajce jest idealny: przystojny, inteligentny, dobrze zbudowany, silny, odważny i dzielny, kiedy trzeba – wspiera i przytula, kiedy indziej schodzi z drogi i daje oddech, wie gdzie dotknąć i kiedy, żeby sprawić przyjemność, a przede wszystkim rozumie kobietę. Taki mężczyzna nie istnieje w realnym życiu (tak samo jak nie istnieją krasnale i elfy), bo nikt nie rozumie kobiet, nawet one same 😉 Jeśli więc zna Pan mężczyznę jak z romansu, to pewnie nie tylko ja chętnie go poznam 😉 


Mówi się: „Nigdy nie mów NIGDY”. Ja się zarzekałam, a los mi spłatał figla. Dlaczego w tytułach Pani dwóch książek pojawiło się tak kategoryczne zaprzeczenie? 

M.W.S.: Czy można kochać kogoś tak, że będzie się pamiętać go już zawsze? Moim zdaniem można. Właśnie dlatego Nigdy cię nie zapomniałam. Natomiast w Nigdy nie pozwolę ci odejść chodzi o walkę o drugą osobę, codzienne staranie się o to, aby partner nie chciał odejść. To właśnie rozumiem poprzez ten tytuł. 


Niektórzy pisarze wierzą w obecność „weny twórczej” i usprawiedliwiają swoje pisarskie zaległości brakiem tego czynnika. Czy Pani również należy do grupy osób, które nie są w stanie pisać, jeśli nie czują pewnego rodzaju natchnienia? Czy może pisze Pani niezależnie od pory dnia i nocy, a także własnego samopoczucia? 

M.W.S.: Do pisania nie potrzebna mi wena, natomiast niezbędny jest swoistego rodzaju nastrój. Gdy mam gorszy dzień po prostu nie piszę. Nie umiem również pisać po przysłowiowym kieliszku, jak niektórzy pisarze. Podziwiam (w mocnym cudzysłowie) tych, co umieją. Mi wychodzą farmazony… 

Co Panią skłoniło do napisania tego typu powieści? 

M.W.S.: A co skłania Stevena Kinga do pisania horrorów? Sama nie wiem, co tak naprawdę się wydarzyło. Mam za to taką historię, która jest autentyczna, ale nudna jak flaki z olejem. Kiedyś przeczytałam kolejny z rzędu romans i był tak bardzo „nie w moim guście”, że pomyślałam, że ja na pewno umiem napisać lepszy. I napisałam… Nadal jestem przekonana, że „Nigdy” jest lepsze od tamtej książki (i nie, to nie był Grey 😉 ). 

Czy wszystkie wydarzenia i postacie opisane przez Panią są fikcyjne, a może są wzorowane czymś z Pani życia?

M.W.S.: Wydarzenia nie są w całości zmyślone. Część wydarzyła się naprawdę – mnie lub komuś mi znanemu, część jest tylko wytworem wyobraźni. Natomiast bardzo często wzoruję bohaterów na znanych mi ludziach. Czasem wyglądem, innym razem cechami charakteru, ale nigdy nie są to odwzorowania jeden do jednego. Najczęściej biorę jedną, dwie cechy i na nich opieram resztę postaci. 

Cały wywiad z Martą W. Staniszewską dostępny na stronie

http://cyrysia.blogspot.com/2016/04/wywiad-z-marta-w-staniszewska.html

Udostępnij
Share on Facebook0Tweet about this on Twitter0Share on LinkedIn0Share on Google+0
Kategorie: Wywiady
Tagi: Psychoskok

Skomentuj

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować.