"Ideą przyświecającą naszemu wydawnictwu przy wydawaniu książki o prawach dziecka, było przedstawienie tychże praw, zawartych w „Konwencji o prawach dziecka” w sposób zrozumiały dla najmłodszych"

"Ideą przyświecającą naszemu wydawnictwu przy wydawaniu książki o prawach dziecka, było przedstawienie tychże praw, zawartych w „Konwencji o prawach dziecka” w sposób zrozumiały dla najmłodszych"
Zawodowi publicyści skomentowaliby artykuł „Naszego Dziennika” dużo finezyjniej niż ja za chwilę to zrobię – ale że nie jestem zawodowym publicystą, tylko dość bezkrytycznym wobec własnego dziecka ojcem, zacytuję właśnie jego. Tym samym do zarzutów o podkopywanie autorytetów, szerzenie tolerancji i podżeganie do myślenia, proszę jeszcze dorzucić nepotyzm.– No i jak? – zapytałem, widząc że mój trzynastoletni syn, Kacper, ślęczy nad tekstem odsądzającym od czci i wiary „Mam prawo!”
– Oni nic z tej książki nie zrozumieli – odpowiedział zdumiony Kacper. – Chyba że… – umilkł nagle.
– Chyba że?
– Chyba że jej w ogóle nie czytali!
No tak, król znowu jest nagi.

                        Grzegorz Kasdepke – Autor

Wbrew obawom Autora, jego komentarz jest całkiem finezyjny. Choć zapewne nie dla wszystkich zrozumiały. Ale na to już nic nie poradzimy. A cudownie bezpretensjonalne zdumienie Kacpra mogłoby wystarczyć za wszelkie komentarze.
     Ja również pozwolę sobie zabrać głos w dyskusji, jaka wywiązała się wokół książki Grzegorza Kasdepke. A ponieważ „Nasz Dziennik” w swoich publikacjach powołał się na opinie ekspertów wyłącznie z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, z czego wnoszę iż „opcja” uczelni nie jest bez znaczenia, pragnęłabym, aby moją wypowiedź potraktowano nie tylko jak słowo od wydawcy, ale także od etyka wykształconego na Uniwersytecie im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego, a więc od etyka… „katolickiego”.
     Ideą przyświecającą naszemu wydawnictwu przy wydawaniu książki o prawach dziecka, było przedstawienie tychże praw, zawartych w „Konwencji o prawach dziecka” (ratyfikowanej przez Polskę w 1991 roku) w sposób zrozumiały dla najmłodszych. Nie mam bowiem najmniejszej wątpliwości, że jeżeli istnieją przepisy regulujące prawa określonej grupy społecznej, powinny być jej znane.
      Z tą znajomością nie jest w Polsce najlepiej. O prawach dzieci rozmawiają głównie dorośli. I czynią to wyłącznie między sobą, nie biorąc pod uwagę zdania najbardziej zainteresowanych. Dlaczego? Przecież jeden z największych autorytetów moralnych, mam nadzieję także dla ekspertów „Naszego Dziennika”, Jan Paweł II, nie obawiał się tak przemawiać do dzieci:
„Głoszę wasze prawa, bez względu na to, jak małe lub bezbronne jesteście; głoszę obowiązki, które towarzyszą waszym prawom, a które powołane jesteście wypełniać z miłości, by chronić prawa innych. Szczególną miłością darzę każde dziecko, które cierpi, które jest samotne, które jest opuszczone, zwłaszcza to, które nie ma nikogo, kto by je kochał i o nie zadbał” (w 1984, z okazji Dnia Dziecka).
Czego zatem eksperci tak bardzo się obawiają? Głośnego mówienia o zagrożeniach i niebezpieczeństwach czyhających na dzieci? O tym, że nie każdy ojciec czy matka jest wart tego, aby nosić zaszczytne miano rodzica? O tym, że to dorośli winni są cierpień wielu dzieci? W grudniu 1994 r., w Roku Rodziny Ojciec Święty w specjalnym Liście do dzieci napisał: „…jest też prawdą, że niestety, wiele dzieci w naszych czasach w różnych częściach świata cierpi i podlega wielorakim zagrożeniom. Cierpią głód i nędzę, umierają z powodu chorób i niedożywienia, padają ofiarą wojen, bywają porzucane przez rodziców, skazywane na bezdomność, pozbawione ciepła własnej rodziny, ulegają rozmaitym formom gwałtu i przemocy ze strony dorosłych. Czy można przejść obojętnie wobec cierpienia tylu dzieci, zwłaszcza gdy jest to cierpienie w jakiś sposób zawinione przez dorosłych?  On nie bał się tego powiedzieć głośno, nie bał się powiedzieć tego dzieciom.                 
Jestem matką, rozmawiam ze swoim dzieckiem, poświęcam mu czas i uwagę, uczę je uczciwości, szacunku dla innych i dla samego siebie, i staram się mądrze przygotować do życia. Chcę, aby było świadome swoich praw, gwarantowanych mu nie tylko przeze mnie, ale także przez prawo stanowione. Nie chcę go przerażać. Ale nie chcę też roztaczać przed nim wizji cukierkowego świata. Chcę po prostu mówić prawdę – że na świecie są ludzie dobrzy i źli, że niektórzy ludzie krzywdzą swoje i cudze dzieci, ale że istnieje prawo, które w takich sytuacjach je chroni.  A książka „Mam prawo!” w przekazaniu tej prawdy ma mi jedynie pomóc, a nie wyręczyć.
Eksperci „Naszego Dziennika” obawiają się „ustawiania dzieci przeciwko rodzicom”? Po lekturze „Mam prawo” ani moje dziecko, ani żadne inne ze znanych mi dzieci, nie stało się bardziej krnąbrne, nieposłuszne czy zbuntowane. Mądrze i z należytą powagą podeszły do tematu, rozumiejąc jego rangę. Wbrew podejrzeniom ekspertów ich uwaga nie skupiła się na temacie „zboczeń”, nie tym się ekscytowały, lecz głodem i niewolniczą pracą dzieci w niektórych krajach. Bardzo ciekawiło je prawo do nauki, zwykle odbierane jako obowiązek, oraz prawo do zrzeszania się. I taki właśnie był zamysł tej książki – poinformować, pobudzić do dyskusji, uświadomić. Oświecić…
KUL-owska ekspertka burzy się, kiedy Autor głośno mówi (a w zasadzie pisze): „klapsy są niezgodne z 19. artykułem konwencji”. Bo takie mówienie „jest próbą zantagonizowania dzieci z rodzicami”. A dlaczego zantagonizowania?! Zarówno klapsy, jak i wszelka inna forma przemocy fizycznej są niezgodne z prawem, i czy to się podoba komuś czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia. A dzieci nie tylko mogą, ale wręcz powinny znać swoje prawa w tej kwestii. Dlaczego pani doktor w tej informacji widzi próbę zantagonizowania dzieci z rodzicami, skoro ja, matka zupełnie się tego nie obawiam?
Kiedy dorośli, a często są to – o zgrozo! – także rodzice, wyrządzają krzywdę dzieciom, upokarzając je, bijąc czy molestując, te – z reguły nieświadome swych praw – tkwią w głębokim przeświadczeniu, że wyrządzana im krzywda jest czymś normalnym.
Dlatego dzieci potrzebują nie tylko specjalnego zabezpieczenia w prawie stanowionym ale i  w i e d z y na temat tegoż prawa. Bo choć w myśl słusznego zresztą stwierdzenia, opublikowanego na stronach Rzecznika Praw Dziecka, że rodzice są „naturalnymi strażnikami praw dziecka”, ktoś musi reagować, kiedy to właśnie rodzice te prawa łamią.
Przesłaniem „Mam prawo!” nie jest dezawuowanie rodzicielskiego prawa pierwszeństwa w wychowaniu i nauczaniu dzieci. Jest jednak przypomnieniem, że wychowywanie dzieci to nie tylko prawo, ale także – parafrazując słowa Jana Pawła II z Familiaris Consortio – obowiązek rozwijania szacunku dla godności osobistej dziecka i służenia jego prawom.
I dlatego nie negując wcale podstawowego znaczenia rodziny, należy przychylnie i z wdzięcznością odnieść się do osób i instytucji, które o tym obowiązku nam przypominają.
 „Rodzina jest pierwszą, lecz nie jedyną ani wyłączną wspólnotą wychowującą […] zarówno Kościół, jak i państwo winny tworzyć i popierać te instytucje i taką działalność, których słusznie domagają się rodziny: pomoc winna być proporcjonalna do niewystarczalności rodziny” (Jan Paweł II, Familiaris Consortio, nr 40).
A niewystarczalność rodziny w dziedzinie uświadamia dzieci na temat ich praw jest oczywista. Dlatego z szacunkiem pochylmy głowy przed tymi instytucjami, które walczą o uświadamianie praw naszym dzieciom, po to by czuły się chronione nawet wtedy, kiedy my, rodzice z jakichś powodów nie będziemy mogli ich chronić. Wspierajmy ludzi, którzy mają odwagę poruszać trudne tematy i tyle pokory, aby pytać innych, czy robią to właściwie. W taki właśnie sposób swoją książkę pisał Grzegorz Kasdepke. Odważnie, ale z pokorą. Proponował, opracowywał, wymyślał, ale na każdym kroku konsultował, prosił o pomoc i opinie. Ze swoimi wątpliwościami zwracał się do prawdziwych autorytetów. Jednym z nich była pani Elżbieta Czyż z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, której wiedza i wkład merytoryczny w książkę są nieocenione.
Wiele osób będących – na szczęście – tylko we własnym mniemaniu „autorytetami” w sprawach rodziny i wychowania, chciałoby mnie pouczać na temat tego, co powinnam, a czego nie powinnam jako matka. Na szczęście, żyjemy w państwie demokratycznym i wolno mi kierować się własną, matczyną intuicją oraz zdrowym rozsądkiem. Nie chcę, aby za mnie decydowano, czy książka „Mam prawo!” jest właściwa dla mojego dziecka. Chcę tę decyzję podjąć sama. Albo pozwolić podjąć ją nauczycielowi. Takie prawo mają również eksperci „Naszego Dziennika”. Mogą książki po prostu nie kupić swoim dzieciom. Jeśli zaś „Mam prawo!” znajdzie się w kanonie lektur szkolnych, śmiem przypuszczać, że w szkołach dzieci tychże ekspertów ta lektura nie zostanie omówiona.
Przeraża mnie, kiedy w wypowiedzi eksperta czytam, że mówienie „…o molestowaniu, to jest sprawa nie dla małego dziecka – to jest sprawa dla klinicystów, dla seksuologów, dla lekarzy”. Zgroza, ciemnogród i zabobon! Mówienie o tym wszystkim jest jak najbardziej sprawą dla dziecka! Tylko w odpowiedni sposób. Aby nie przestraszyć, lecz wyjaśnić. Mądrze i subtelnie. Tak jak w książce Grzegorza Kasdepke.
Jako wydawca, jestem bardzo dumna z „Mam prawo!”. Nasza książka została zauważona i doceniona przez kolegów z amerykańskiego National Geographic. Poprosili o przetłumaczenie jej na język angielski i rozważają wydanie w Stanach Zjednoczonych, choć Stany nigdy nie podpisały Konwencji o Prawach Dziecka! 
Jeśli ktokolwiek twierdzi, iż książka ta nie powinna ujrzeć światła dziennego, podpisuje się pod postulatem zakazania dzieciom dostępu do swoich praw, a tym samym do ich łamania.
 
„…Troska o dziecko […] w latach dziecięcych i młodzieńczych, jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka. I dlatego też, czegóż można bardziej życzyć każdemu narodowi i całej ludzkości, wszystkim dzieciom świata, jeśli nie owej lepszej przyszłości, w której poszanowanie praw człowieka stanie się pełną rzeczywistością…” (Jan Paweł II, Przemówienie podczas Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych, 1979).

– Król jest nagi! – krzyknęło nagle małe dziecko pośród tłumu. – Król jest nagi! – rozległ się szmer wśród obywateli. Król zmieszał się nieznacznie, podejrzewając, że być może istotnie jest nagi, ale cóż…. – Wytrwam do końca – pomyślał i wyprężył się z dumą jeszcze bardziej, a za nim podążyła jego oddana świta, unosząc tren, którego nie było… (Nowe szaty króla, Hans Christian Andersen).

Katarzyna Biegańska – wydawca, etyk, matka

 


Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/wirtua/domains/wirtualnywydawca.pl/public_html/wp-content/themes/waszww-theme/includes/single/post-tags.php on line 4

Skomentuj

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować.