Wydawnictwo Otwarte działa często poza wypracowanymi przez Znak standardami

Wydawnictwo Otwarte działa często poza wypracowanymi przez Znak standardami
Wirtualny Wydawca: Wydawnictwo Otwarte powstało w 2006 roku. Jego właścicielem jest SIW Znak. Z założenia Otwarte miało być oficyną, która z jednej strony koncentruje swą uwagę na debiutantach, a z drugiej na wszelkich rynkowych eksperymentach i innowacjach. Czy te założenia sprawdzają się w praktyce?
 
Robert Chojnacki: Jeśli „sprawdzają” znaczy „zapewniają finansowy sukces”, to trzeba powiedzieć, że czasem przynoszą one miłe owoce, a czasem stwarzają  kłopoty. Tak jest z eksperymentami i debiutami, to leży w ich naturze. Z każdym miesiącem jednak ilość rozstrzygnięć na „tak” rośnie i to one przejmują na siebie ciężar wzrostu firmy. Ale poza kryterium finansowym (nadrzędnym!) jest jeszcze jedno, bardzo ważne, które „sprawdza” nasze założenia. Najprościej rzecz ujmując, to poszerzanie wiedzy o rynku, który zdobywa grupa kapitałowa Znak, wynikające z tego, że Wydawnictwo Otwarte działa często poza wypracowanymi przez Znak standardami. Ponieważ ciągle udaje nam się odkryć coś nowego, to te założenia mają sens. O penetrowaniu obszarów, w których Wydawnictwo Znak nie działa, nie wspominam, bo to oczywiste.
 
WW: Czyli wydawnictwo jest „otwarte” na wszystko, co nowe, ciekawe i oryginalne?
 
RC: Nie na wszystko. Pewne rzeczy nie mają sensu i nie trzeba ich próbować, aby to odkryć. Innych spróbowaliśmy i rezultat nas nie zachwycił. Ale trzeba cały czas patrzeć w przyszłość. Wypatrywać tego, co nadchodzi, a przede wszystkim tych, którzy nadchodzą. Mam na myśli nie tylko nowych autorów, to oczywiste, ale też nowych czytelników i nowych „ludzi książki”. Tych, którzy ten rynek będą zmieniać, kształtować po swojemu. Mówię o promocji, handlu, szeroko rozumianej edycji książek i… nowych technologiach.
 
WW: Minęły już 2 lata od powstania Wydawnictwa Otwartego. Co zmieniło się przez ten czas? Czy wydawnictwo ewoluowało i znalazło swoje stałe miejsce w sektorze?
 
RC: Znaleźliśmy kilka punktów zaczepienia, ale żeby to było już nasze miejsce, specjalność itd., nie mogę powiedzieć. To zbyt krótko trwa, a poza tym dla nas faza eksperymentów jeszcze się nie skończyła, wciąż jesteśmy otwarci na to, co nowe, oryginalne.
 
WW: Jak dużą obecnie macie Państwo ofertę? Ile tytułów rocznie wydaje Wydawnictwo Otwarte? Czy liczba ta zwiększa się z roku na rok?
 
RC: W tej chwili jest to ok. 20 tytułów rocznie. Być może pomyślimy o zwiększaniu liczby książek, ale tylko wtedy, gdy ilość będzie w 100% przechodziła w jakość. Czyli gdy każdą z tych wydanych książek będziemy mogli efektywnie wypromować i sprzedać w dużym nakładzie, a nie tylko po prostu wydać. W dzisiejszych czasach rynek polski jest zalany masą książek, o których mało kto słyszał. Nam nie zależy na wydawaniu jak największej liczby tytułów, lecz na publikowaniu tego, co według nas naprawdę warto wydać, bo można tym czytelników zainteresować. Starannie dobieramy książki, każdą z nich staramy się „dopieścić” promocyjnie, często też wykorzystujemy bardzo różnorodne, niestandardowe metody promocji. Zależy nam bowiem zarówno na tym, aby autor czuł, że naprawdę dbamy o jego dzieło, jak i na tym, aby czytelnicy chętnie sięgali po nasze książki, wiedząc, że to starannie wyselekcjonowana oferta.    
 
WW: Jak układa się Wasza współpraca z SIW Znak?
 
RC: Świetnie. Znak jest doświadczonym dystrybutorem, tak że jesteśmy bardzo zadowoleni, iż możemy koncentrować się na wydawaniu książek, zamiast na dystrybucji, która działa bez zarzutu.
 
WW: Rozumiem, iż Znak, decydując się na otwarcie Waszego wydawnictwa, miał na celu wprowadzenie tytułów pod innym logo, których sam nie mógł bądź nie chciał wydawać pod własną marką. Czym różni się oferta Wydawnictwa Otwartego od oferty Znaku?
 
RC: To nie jest takie proste. Przede wszystkim powodów założenia Wydawnictwa Otwartego nie można sprowadzić do stwierdzenia: „Znak miał na celu wprowadzenie tytułów pod innym logo, których sam nie mógł bądź nie chciał wydawać pod własną marką”. Jeśli przyjrzeć się naszej ofercie, to okaże się, że wiele tytułów mogłoby ukazać się w Znaku (np. książki Emily Giffin), ale ci czytelnicy, dla których logo Znaku ma jakieś szczególne, wymowne znaczenie, oczekują od tej oficyny kolejnej książki Daviesa albo dyskusji wokół książek księdza Zaleskiego czy Grossa, a nie książek Martyny Wojciechowskiej czy Agnieszki Maciąg. Obie te książki kolegom ze Znaku bardzo się podobały i  tego rodzaju publikacje Znak również wydaje. Jednak w Wydawnictwie Znak byłby to po prostu element mozaiki, w Wydawnictwie Otwartym to tytuły, na których można skupić większą uwagę promocyjną. Obecnie w większości obszarów działalności biznesowej obserwujemy dążenie do specjalizacji i to jest też droga dla wydawnictw, co zresztą można już zaobserwować. Dlatego właśnie Znak, który jest marką sam w sobie, postanowił wejść też na nowe obszary, na których potrzebna była całkiem nowa firma, nowa jakość, nowa marka i nowy sposób działania. Tak więc Wydawnictwo Otwarte to nie jest imprint, to całkiem osobna spółka. Za jakiś czas oferty Wydawnictwa Otwartego i Znaku będą niemal całkowicie komplementarne,  bo Znak będzie coraz precyzyjniej definiował swoją markę, a Otwarte swoją rynkową niszę.
 
WW: W 2007 roku podpisaliście Państwo umowę z Agencją PR Kwadrat, która współpracowała już wcześniej m.in. ze Znakiem. Czy dalej współpracujecie Państwo z tą agencją? Jak oceniacie tę współpracę?
 
RC: To była bardzo udana współpraca. Piszę „była”, bo z początkiem tego roku zaczęliśmy budować własny dział promocji. Może trudno w to uwierzyć, ale niemal półtora roku takiego działu nie było. Startowaliśmy z agencją Cafe PR i to były naprawdę romantyczne początki. Pierwsze zręby wizerunku wydawnictwa właśnie wtedy powstawały. Później chcieliśmy spróbować z kimś, kto jest bliżej „centrum dowodzenia”, czyli PR Kwadrat, mającym siedzibę w Warszawie. Naprawdę sporo razem osiągnęliśmy. Zrozumiałem jednak, że współpraca z takimi specjalistami ma sens przy dużych, rozbudowanych projektach, a oferta wydawnicza nie składa się wyłącznie z takich. Trzeba było zatem zmierzyć się z zadaniem zbudowania własnego działu promocji i to, z nieocenioną pomocą kolegów z promocji Znaku, stało się faktem w marcu 2008 roku.
 
WW: Jakie są największe bestsellery Wydawnictwa Otwartego, które jednocześnie mogą stanowić wizytówkę Waszej oferty wydawniczej?
 
RC: Pierwszym i szczególnie przez to wymownym była książka Martyny Wojciechowskiej „Przesunąć horyzont”. Znakomicie sprzedał się też „Smak życia” Agnieszki Maciąg. Jednak książki polskich celebrities to trudny kawałek chleba i jakiegoś szczególnego potencjału w tym obszarze rynku wydawniczego mimo wszystko nie dostrzegam. Naszą „lokomotywą” są książki Emily Giffin. Świetnie sprzedaje się też „Nie potrafię schudnąć” i „Ostatni papież”. To tylko kilka przykładów, pokazujących jednak wyraźnie, jak bardzo różnorodne książki osiągają sukces na polskim rynku. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że obszar polskiej i obcej prozy dedykowanej szczególnie kobietom to jest to, w czym widzimy spory potencjał. Największą satysfakcję mamy jednak z promowania polskich młodych autorów, a szczególnie autorek (Antonina Kozłowska, Marta Kuszewska, Anna Powierza). Podchodzimy do tego z pełnym zaangażowaniem i wiarą w sukces, wiedząc jednocześnie, że nastąpić on może dopiero przy kolejnych książkach. W 2009 roku będziemy mieli małą ofensywę takich autorek w Otwartym.
 
WW: Jak oceniacie Państwo 2008 rok? Czy przewidujecie wzrost obrotów w stosunku do roku ubiegłego?
 
RC: Rok jeszcze się nie skończył, ale już widać, że będzie on dla nas bardzo dobry. Większość dotychczasowych projektów zakończyła się tak, jak zakładaliśmy, a kilka nas bardzo pozytywnie zaskoczyło (na przykład „Piekielne relikwie”). Zawsze jednak w przypadku wydawców decyduje jesień, poczekajmy zatem.
 
WW: Czy może nam Pan zdradzić plany Wydawnictwa Otwartego na najbliższą, jak i tę trochę dalszą przyszłość?
 
RC: W najbliższej przyszłości…
Janusz Świtaj „12 oddechów na minutę”– niebywale przejmująca historia walki z przeciwnościami losu chyba najbardziej znanej niepełnosprawnej osoby w Polsce.
„Sto dni po ślubie” – nowa powieść Emily Giffin, jak zwykle wyjątkowa.
„Z archiwum Jerzego Jachowicza” – kto słucha Trójki, to wie. Kto nie słucha, dowie się na pewno.
 
W dalszej przyszłości…
Powiem o dwóch rzeczach, ale trochę zagadkowo. Jest taka książka, której, zanim wyszła w USA, sprzedało się w internetowych zamówieniach pół miliona. Mówi o tym, jak osiągnąć to, o czym marzy niemal każda kobieta…
Druga książka to chyba najgłośniejszy tytuł ostatnich tygodni. Przedmiot wydawniczego skandalu w Stanach Zjednoczonych…
Wydamy te książki w przyszłym roku.
 
WW: Dziękujemy za rozmowę.
Kategorie: Rynek Polski

O autorze

Skomentuj

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować.