Granica lodu wkrótce w księgarniach
Granica lodu ukaże się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka już 25 marca.
Na bezludnej wyspie u południowych wybrzeży Chile dochodzi do niewiarygodnego odkrycia. Znaleziony zostaje gigantyczny meteoryt, największy, na jaki kiedykolwiek natrafiono, spoczywający w ziemi od milionów lat…
Tysiące mil od Chile, miliarder Palmer Lloyd postanawia, że meteoryt musi stać się ozdobą jego nowego olśniewającego muzeum. Gotów jest dać za to każdą cenę – w dolarach i w życiu ludzkim. Dostarczenie meteorytu do Nowego Jorku jest wielkim wyzwaniem, byłby to bowiem najcięższy przedmiot, kiedykolwiek poruszony przez człowieka.
Opłacona pieniędzmi Lloyda po meteoryt rusza szczególna ekspedycja. Jej podstawę stanowi nowoczesny supertankowiec, zamaskowany jako zdezelowany, pordzewiały masowiec. Wyprawa pojawia się w tajemnicy u południowych wybrzeży Chile, gdyż meteoryt należy temu krajowi po prostu wykraść. Wkrótce jednak, w miejscach tak nieprzyjaznych człowiekowi, jak tylko można sobie wyobrazić, członkowie ekspedycji stają przed wielką zagadką pochodzenia i natury meteorytu. Muszą tę zagadkę rozwiązać, jeśli chcą z całego przedsięwzięcia ujść z życiem…
Douglas Preston, Lincoln Child to spółka autorska, która ma na koncie takie bestsellery jak: Gabinet osobliwości, Księga umarłych, Laboratorium, Martwa natura z krukami, Nadciągająca burza, Relikt, Relikwiarz, Siarka, Taniec śmierci oraz Zabójcza fala.
Douglas Preston regularnie pisuje dla “The New Yorker” i “National Geographic”. Przemierzył konno tysiące mil południowo-zachodniej Ameryki, wędrując szlakami wczesnych badaczy i zdobywców kontynentu. Lincoln Child to były wydawca, który opublikował liczne antologie z opowiadaniami.
Bezimienna dolina biegła pomiędzy nagimi wzgórzami długim, pstrokatym pasmem szarej, tylko miejscami zielonej ziemi, pokrytej gdzieniegdzie starym mchem, porostami i rzadką trawą. Była połowa stycznia — środek lata — i spomiędzy szczelin w popękanych skałach strzelały w górę łodygi drżących kwiatów. Po stronie wschodniej niezgłębionym błękitem lśniła jednak ściana śniegu. W powietrzu krążyły gzy i komary, ale letnie mgły, które niemal bez przerwy unosiły się nad wyspą Desolación, na jakiś czas się rozpierzchły, pozwalając bladym promieniom słońca oświetlać dno doliny. Pewien mężczyzna powoli przemierzał ponurą wyspę, co chwilę zatrzymując się, ruszając i znowu przystając. Nie podążał wzdłuż żadnego śladu. Na wyspach przylądka Horn, najdalej wysuniętego na południe cypla Ameryki Południowej, było to niemożliwe. Nestor Masangkay ubrany był w znoszony sztormiak i lśniący skórzany kapelusz. Jego gęsta broda była tak mocno pokryta solą morską, że podzieliła się na sztywne odrębne pasma, przypominające wyglądem długi widelec. Kiedy Nestor szedł, prowadząc za sobą dwa ciężko objuczone muły, broda podrygiwała jak język węża. Nikt dookoła nie mógł usłyszeć głośnych narzekań mężczyzny na temat pochodzenia, charakterów i w ogóle prawa do egzystencji obu mułów. Co jakiś czas jego narzekania przerywały uderzenia kijem, który trzymał w brązowej dłoni i którym okładał zwierzęta. Nestor Masangkay jeszcze nigdy w życiu nie natrafił na muła, a już szczególnie na pożyczonego muła, którego by polubił. W jego głosie nie było jednak złości, a i w uderzenia kijem wkładał niewiele siły. Narastała w nim ekscytacja. Wzrokiem omiatał pejzaż, odnotowując każdy jego szczegół: kolumnowa bazaltowa skarpa w odległości około mili, podwójny pień wulkaniczny, niezwykła wychodnia skały osadowej. Geologia tego miejsca była obiecująca. Bardzo obiecująca. Szedł pośrodku doliny, z oczyma utkwionymi w ziemi. Co jakiś czas któryś z jego nabijanych ćwiekami butów ślizgał się na jakimś luźnym kamieniu. Masangkay potrząsał wtedy głową, aż mocniej podrygiwała jego długa broda, głośno chrząkał i po chwili dziwny pochód, złożony z człowieka i dwóch mułów, szedł dalej. Jednak na samym środku doliny, kiedy jego but znowu poślizgnął się na kamieniu, Masangkay zatrzymał się, żeby kamień podnieść. Popatrzył na niego i potarł go kciukiem. Do skóry przywarły drobne granulki. Przysunął kamień bliżej do twarzy i po chwili już oglądał go przez jubilerską lupę. Rozpoznał w okazie — kruchym, zielonkawym materiale z białymi inkluzjami — minerał znany jako koezyt. Właśnie ten brzydki, bezwartościowy minerał był przyczyną wyprawy, podczas której przemierzył aż dwanaście tysięcy mil. Wreszcie go znalazł. Na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech. Rozłożył ręce i wydał głośny okrzyk zadowolenia. Wzgórza zwielokrotniły jego głos donośnym echem, które kilkakrotnie do niego powracało, po czym uciekało, aż wreszcie zupełnie zanikło. Zapadła cisza i mężczyzna rozejrzał się po otaczających go wzgórzach, oceniając aluwialne formy erozji. Ponownie zatrzymał wzrok na skałach osadowych o wyraziście rozdzielonych warstwach. Następnie znowu popatrzy ł na ziemię. Poprowadził muły dziesięć jardów i czubkiem buta trącił kolejny kamień, odwracając go na drugą stronę. Kopnął trzeci kamień, a potem czwarty. Same koezyty — dolina była nimi po prostu usłana.
Artykuły powiązane:
Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/wirtua/domains/wirtualnywydawca.pl/public_html/wp-content/themes/waszww-theme/includes/single/post-tags.php on line 4
O autorze
Skomentuj
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować.






