Anna Ziobro, “Tam, gdzie wyją wilki”
Przegląd
- Typ: Literatura
- Marka: Szara Godzina
11 września ukaże się nakładem Wydawnictwa Szara Godzina powieść Anny Ziobro – ,,Tam, gdzie wyją wilki”.
Jak mówi autorka:
Tworząc powieść, chciałam podkreślić swój szacunek dla lokalnej historii, ludzi i miejsc. Okolice Zalewu Solińskiego są mi bliskie – zarówno dosłownie, bo pochodzę z tego regionu Polski, ale i w sensie emocjonalnym. Jako dziecko jeździłam tam w wakacje. Wówczas Solina była dla mnie przede wszystkim pięknym miejscem wycieczek i krótkiego odpoczynku. Dopiero znacznie później zaczęłam odkrywać jej niełatwą, wielowątkową i poruszającą historię. Również same Bieszczady w pełni zachwyciły mnie dopiero w dorosłym życiu. Przeszłam większość bieszczadzkich szlaków, niektóre parokrotnie. Wierzę jednak, że odwiedzając ten region, warto dostrzegać nie tylko zachwycające krajobrazy, lecz także pamiętać o ludziach, którzy tu żyli, oraz o dzikiej przyrodzie, która od wieków znajduje tu swoje miejsce i nie jest skora łatwo poddać się człowiekowi.
Powieść rozpoczyna prolog osadzony zimą 1999 roku. Emilia wspina się na wzgórze górujące nad bieszczadzką wsią Wołkowyja. Nocami rozlega się stąd wycie wilków. Wilki kojarzą się z wolnością, siłą i pięknem. Podobne – wciąż – skojarzenia budzą Bieszczady, prawda?
Jest nawet powiedzenie: „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”, które doskonale oddaje to skojarzenie. Myślę, że chodzi nie tylko o przestrzeń i piękno przyrody, ale i poczucie, że leżące na południowo-wschodnim krańcu Polski Bieszczady to miejsce, w którym czas płynie wolniej, można uciec od zgiełku, potrzeby „bycia na bieżąco” i pozostawania „w kontakcie”. Jednak te tereny także się zmieniają. Dopasowują się do współczesnego świata. Ściąga tam coraz więcej turystów, na co lokalne drogi niekoniecznie są przygotowane. W mojej powieści ludzie funkcjonują obok przyrody, akceptują zamieszkujące na wzgórzach wilki. Obecnie dużo się mówi o niedźwiedziach zaglądających na posesje w bieszczadzkich wioskach. To pokazuje, że przyroda nie chce tak łatwo ustąpić ludziom miejsca, a przynajmniej nie w Bieszczadach.
Czytając książkę, miałam wrażenie, że rozumie Pani i kocha te tereny…
Wreszcie pokusiłam się o napisanie powieści osadzonej w moim regionie. Bieszczady to nie całkiem moje tereny, ale urodziłam się w Przemyślu, a dorastałam w Strzyżowie, skąd nad Solinę jest kilkadziesiąt kilometrów. Zapora Solińska była pierwszą – i przez pewien czas jedyną – atrakcją turystyczną, którą odwiedziłam jako dziecko. Przez to wzbudza we mnie szczególne emocje. To nie oznacza, że tę powieść pisało mi się łatwo. Pod pewnymi względami było nawet trudniej, bo czując się emocjonalnie związana z miejscem akcji, stawiałam sobie poprzeczkę jeszcze wyżej.
Wracając do Emilii… Ze wzgórza patrzy na Zalew Soliński, pod którego wodami w 1964 r. zniknęła część wsi i jej dzieciństwo, prawda?
Słynna zapora w Solinie to największa betonowa zapora w Polsce. Jej budowa trwała blisko dekadę i dla władz był to sztandarowy projekt polskiej hydrotechniki. W miejscowych ludziach budziła mieszane uczucia. Jedni widzieli ją jako szansę i znak rozwoju, inni traktowali jak zło konieczne, a wręcz coś, czemu należy zapobiec. Budowa zapory i powstanie Zalewu Solińskiego wiązały się z koniecznością zalania dużego terenu, w tym domów, wniosek i dobytku ludzkiego. W zamian oferowano rekompensaty i – ponownie – dla jednych była to szansa na osiedlenie się w korzystniejszym miejscu, dla innych dramat i do ostatniej chwili nie chcieli opuszczać swojej ziemi. W powieści pojawia się wątek burzenia kościoła w Wołkowyi. Oparłam go na autentycznych relacjach. Chociaż moi bohaterowie są fikcyjni, starałam się oddać nastroje mieszkańców stojących w obliczu utraty majątku i tego, co dla nich cenne.
Kiedy matka Emilii, Marcjanna, słuchała w 1939 r. na wzgórzu opowieści ukochanego Staszka o Bałtyku, poniżej wiła się tylko wstążka rzeki Solinki. Mieli przeprowadzić się do stolicy, ale los zdecydował inaczej. A wkrótce wybucha wojna. Pokazuje ją Pani poprzez losy zwykłych ludzi…
Kiedy uczymy się o wojnie lub odnosimy się do niej w rozmowach, często skupiamy się na uogólnieniach. Jedni byli dobrzy, drudzy źli. Jeden kraj był najeźdźcą, drugi się bronił. Jeden przywódca odniósł spektakularne zwycięstwo, drugi poniósł sromotną porażkę… Jeśli jednak przyglądamy się losom poszczególnych ludzi, dostrzegamy, że niezależnie od powyższego, wojna to zawsze dramat dla człowieka, rodziny, wioski, a „dobrzy” i „źli” trafiają się po obu stronach. Bardzo nie lubię generalizowania i chciałam to pokazać chociażby na przykładzie Zygfryda – pół Polaka, pół Niemca, który przez żadną ze stron nie jest traktowany w pełni jak swój. Z kolei Bohdan to młody mężczyzna, który rusza na wojnę zupełnie do niej nieprzygotowany, bo dotąd uczył się na organistę.
Bohdan jest jedną z najbardziej złożonych postaci w powieści – lojalny wobec brata Staszka, a jednocześnie zakochany w Marcjannie…
W każdej powieści mamy głównych bohaterów, na których opiera się akcja, i takich, którzy nie grają pierwszych skrzypiec, ale zapadają w pamięć. Zwykle, gdy tworzę daną historię, wśród bohaterów drugoplanowych mam swoich ulubieńców. I tu był nim właśnie Bohdan – młody mężczyzna grający na kościelnych organach, nieszczęśliwie zakochany w dziewczynie, a wreszcie żonie starszego brata, któremu wojna odpiera pełną sprawność, ale nie jest w stanie do końca go złamać. To postać, która przewija się przez niemal całą historię. Jest niejednoznaczna, ale myślę, że czytelnicy zdołają go polubić.
Jaką rolę w powieści pełni babcia Marcjanny – Olena?
Mam słabość do starszych bohaterów. W większości moich powieści pojawia się postać babci lub (rzadziej) dziadka z całą ich życiową mądrością. Olena nie jest postacią kluczową, ale jej silny charakter i mądrość towarzyszą Marcjannie. Jest też pewnego rodzaju symbolem – żyła w czasach, w których kobiety nie miały pozycji równej mężczyznom. Jednocześnie na terenach takich jak ten ukazany w powieści starsze kobiety znające się na ziołach, czujące i dostrzegające więcej niż inni, niekiedy też umiejące rzucać zaklęcia i odczyniać uroki, budziły respekt.
Życie Marcjanny zdeterminowało tragiczne wydarzenie w 1939 r., Emilii – początek lat 60., czasy budowy Zapory Solińskiej. Na Sylwestra 1999 r. w Bieszczady przyjeżdża Kinga. Podczas spaceru wychodzi na wzgórze, które było świadkiem wszystkiego, co dobre, i wszystkiego, co złe w życiu Marcjanny i Emilii. Jakby przeszłość czekała tylko, aż ktoś ją odkryje?
Zależało mi na połączeniu losów trzech kobiet z trzech różnych pokoleń, w trzech ważnych punktach dziejowych – u progu wybuchu II wojny światowej, w czasach budowy Zapory Solińskiej, co dla mieszkańców tamtych terenów niewątpliwie również było przełomowe, oraz u progu nowego millenium. O ile losy Marcjanny i Emilii splatają się w naturalny sposób, o tyle Kinga początkowo wydaje się być bohaterką zupełnie przypadkową, ale w moich powieściach nie do końca wierzę w przypadki 🙂 Kinga nie tylko odkrywa przeszłość, jest też swoistym pomostem między przeszłością a teraźniejszością.
Czy można powiedzieć, że w „Tam, gdzie wyją wilki” Bieszczady są nie tylko tłem wydarzeń, ale pełnoprawnym bohaterem powieści?
Podobnie jak w przypadku poprzedniej powieści „Miłość niczyja”, ta historia nie mogłaby się wydarzyć gdziekolwiek. Jest mocno osadzona w konkretnych realiach, na konkretnym obszarze. Starałam się oddać klimat miejscowości leżącej u progu Bieszczad. Chciałam, żeby było czuć „ducha” tamtych terenów, dlatego w powieści znajdziemy nie tylko opisy krajobrazu, ale i elementy ludowych wierzeń, postrzeganie świata, lokalne dylematy. Z pewnością miejsce akcji rzeczywiście nie jest tłem, lecz bohaterem samym w sobie.
W Pani powieści splatają się losy kobiet z różnych pokoleń, jest miłość, rozczarowania i wielkie życiowe straty, ale mam wrażenie, że najważniejszym tematem pozostaje pamięć – w różnych wymiarach…
Fascynuje mnie historia współczesna, ale mam zdecydowanie zbyt małą wiedzę, żeby ogarniać ją globalnie, dlatego skupiam się na wycinkach – poszczególnych okresach i wydarzeniach rozgrywających się na wąskim obszarze. Przystępując do pisania powieści z wątkami historycznymi, nie wyobrażam sobie nie przygotować się do tego merytorycznie najlepiej, jak potrafię. Żeby umieścić bohaterów, z ich rozterkami, uczuciami i emocjami, w konkretnych realiach, sama muszę najpierw je zrozumieć. Czuję potrzebę zgromadzenia znacznie większej ilości informacji, niż ostatecznie wykorzystam podczas pisania. Wierzę, że w ten sposób przybliżę czytelnikom mały wycinek historii i zdarzenia, które są warte naszej pamięci – zwłaszcza w obecnych czasach, gdy świat pędzi do przodu. Często zapomina się o tym, co było, albo interpretuje się historię w sposób jednowymiarowy, dostosowany do własnych potrzeb. Ja staram się pokazywać ją z różnych perspektyw.
Dziękuję za rozmowę
Magda Kaczyńska







