Nikogo nie zwolniliśmy z firmy nawet po wpadkach – czy ktoś wyrzuca dzieci z rodziny, kiedy coś przeskrobią…?
Osobiste pytania do Tomasza Szpondera z okazji 35- lecia Domu Wydawniczego REBIS.
Jacek Włodarczyk: Działałeś społecznie w Akademickim Związku Sportowym jeszcze przed podjęciem decyzji o założeniu wydawnictwa. Z racji pełnionych funkcji w AZS widzę, że nadal jest to Twoja życiowa pasja. Zawsze podziwiałem moich kolegów z branży, a Twoich współpracowników w koszulkach drużyny piłkarskiej. Czy drużyna nadal istnieje?
Tomasz Szponder: Trafiłem do AZS na Uniwersytecie już na pierwszym roku studiów, zarówno do sekcji lekkoatletycznej, jak i do Zarządu Klubu. Potem po studiach i po kilku latach pracy w PAN-ie, kiedy już powstał REBIS (zresztą jego pierwsza siedziba mieściła się w budynku klubowym AZS przy kortach przy ulicy Noskowskiego) – młodsi koledzy z AZS przychodzili do nas, żeby wzmocnić swoje budżety studenckie pracą w magazynie. A potem kończyli studia i pytali o etat i tak zostawali na stałe w Rebisie. A co do drużyny piłkarskiej, to prowadziliśmy ją przez ponad 25 lat, przez kilka lat nawet dwie: jedną „zawodową”, złożoną nie tylko z naszych pracowników, byłych piłkarzy, ale i z ich kolegów, którzy czasem nawet jeszcze grali w jakichś niższych ligach rozgrywek państwowych, a drugą „amatorską”, złożoną wyłącznie z naszych pracowników i współpracowników. W zeszłym roku zakończyliśmy starty w rozgrywkach firmowych – wiek zrobił swoje, bo coraz więcej graczy mijało już swoją smugę cienia.
Jacek Włodarczyk: Wiem, że lubisz pracę zespołową. Na targach książki, na stoisku, od wielu lat widzę te same twarze. Świadczy to o stabilności pracy w wydawnictwie. Jak Ty to robisz, że ludzie lubią z Tobą pracować?
Tomasz Szponder: Tak, lubię pracę zespołową. Co ciekawe, w dzieciństwie raczej byłem indywidualistą: książki i jeszcze raz książki, szkoła muzyczna, szkoła podstawowa na drugim końcu miasta, więc mniej kontaktów po szkole, dużo czasu spędzałem też ze swoim młodszym bratem, Markiem. Dopiero w liceum stworzyliśmy paczkę przyjaciół, z którymi dorastałem i dojrzewałem, a prawdziwą szkołą pracy grupowej stały się dla mnie studia: aktywność na roku i AZS. W AZS działałem od poziomu klubu uczelnianego na Uniwersytecie poprzez Zarząd AZS w Poznaniu (prezesuję od 24 lat jednej z największych i najsilniejszych organizacji sportowych w kraju), aż po 31 lat jako wiceprezes Zarządu Głównego AZS, z dziesiątkami szkoleń, narad, spotkań, zebrań itd., które najlepiej uczyły, jak współpracować z różnymi grupami ludzi i jak nimi kierować.
Trudno mi ocenić, czy ludzie lubią ze mną pracować – może tylko czują się bezpiecznie? Może lubią wiedzieć, że ktoś zawsze stanie za nimi w razie potrzeby? Że pomoże w trudnej chwili? Że firma zawsze wypłaci na czas pieniądze, a jak trzeba, to coś też pożyczy? Są różne teorie na temat prowadzenia firm – niektórzy twierdzą, że najlepszy jest model japoński, gdzie często ludzie spędzają w jednej firmie dziesiątki lat, czyli model firmy jako czegoś w rodzaju rodziny, inni twierdzą, że to zupełnie inne formy życia społecznego i nie ma mowy o jakichś podobieństwach działania. Uważam, że jest jednak coś w tych tzw. rodzinnych firmach, coś odmiennego od modelu korporacyjnego. Nie na darmo nigdy nie chcieliśmy z Grażyną rozwijać jakoś bardzo firmy i mnożyć pola aktywności biznesowej, mimo że było sporo takich okazji. Ważne jest, żeby pracowników widzieć na co dzień, a nie tylko kontaktować się z nimi poprzez kilkustopniową piramidę zależności służbowej. A może to fakt, że nie mamy swoich dzieci, powoduje, że człowiek jest bardziej skłonny do współpracy z innymi i przenoszenia na nich swoich potrzeb rodzicielskich? Nie wiem – jestem co prawda psychologiem, ale nigdy nie praktykowałem w zawodzie i nad tym akurat nie zastanawiałem się zbytnio. W każdym razie nikogo nie zwolniliśmy z firmy nawet po wpadkach – prawdę mówiąc, czy ktoś wyrzuca dzieci z rodziny, kiedy coś przeskrobią czy nawet poważnie nawalą?
Jacek Włodarczyk: Nie możemy mówić o Domu Wydawniczym Rebis, nie wspominając o Grażynie Szponder. Jaką rolę w wydawnictwie pełni Pani Grażyna? Czy praca z żoną w jednej firmie nie zaburza waszego życia prywatnego? Wiem z własnego doświadczenia, że nie zawsze jest komfortowo.
Tomasz Szponder: Grażyna przyszła do firmy na stałe pod koniec 1993 roku, kiedy mój wspólnik , Tadeusz Zysk, postanowił dość nagle opuścić REBIS. Oczywiście Grażyna wspierała nas od samego początku, od 1990 roku – znalazła nam grafików (jest po historii sztuki i prowadziła przez kilka lat galerię sztuki), wystawiała pierwsze faktury (skończyła tez handel zagraniczny na Akademii Ekonomicznej), ale wtedy okazało się, że jest pilnie potrzebna w większym wymiarze czasu. Potrzebowałem pilnie jakiegoś wsparcia, bo nagle zostałem z dodatkowymi obowiązkami, musiałem przejąć choćby sprawy praw autorskich, kontaktów z tłumaczami i redaktorami itd. Wcześniej mieliśmy dość jasny podział – Tadeusz spełniał funkcję redaktora naczelnego (i był też prezesem, ze względu na wiek), a ja byłem dyrektorem (kasa, promocja, sprzedaż, sprawy administracyjne itd.). Na dodatek część załogi odeszła z Tadeuszem, więc trzeba było w ciągu paru miesięcy poszukać następców. Część ludzi przyszła tradycyjnie po znajomości, nie tylko ludzie z AZSu, ale mieliśmy ogromne szczęście z doborem ludzi – większość z nich do dzisiaj, po upływie ponad 30 lat, pracuje ciągle w REBISie. Grażyna jeszcze przez rok próbowała pogodzić pracę w wydawnictwie z dotychczasową pracą kuratora w Muzeum Narodowym, ale szybko okazało się, że nie jest to możliwe – od początku 1995 była już na pełnym etacie. Wdrożyła w firmie program komputerowy (Exact), wspomagała księgowość, odpowiadała za szatę graficzną książek, co stawało się coraz ważniejsze z biegiem lat, w miarę jak wydawaliśmy coraz więcej książek historycznych i z zakresu historii sztuki, ruszyła też po prawa do dodatkowych wydawców: z Włoch, Francji itd., kiedy ja koncentrowałem się nadal głównie na obszarze angielskojęzycznym. Generalnie prowadzimy wspólnie firmę jako jej Zarząd.
Czy taka wspólna praca na co dzień jest prosta? No, delikatnie mówiąc, nie potwierdzam i nie zaprzeczam – każde z nas ma swoje zdanie na temat trafności, ewentualnie zakupu praw, i zdarza nam się nie ustalić wspólnego zdania. Wydaje mi się, że bardziej trzymam się w tym przypadku ziemi i nie lubię na przykład wchodzić w jakieś szalone licytacje, których zresztą jest coraz więcej (co chyba świadczy o dobrej sytuacji ekonomicznej wydawców?), Grażynie zdarza się natomiast poszaleć i mam wrażenie, że kobiety mają generalnie większą skłonność do pomijania twardych danych ekonomicznych.
Jacek Włodarczyk: Często powtarzasz, że starasz się zawsze kierować zasadą fair play oraz że uczciwość w biznesie na długą metę jest opłacalna. Jak taka postawa wpływa na Twoje relacje z partnerami biznesowymi?
Tomasz Szponder: Tak, staram się przynajmniej tak postępować, choć nikt nie jest bez grzechu i pewnie zdarzało się także i mnie czegoś nie dopilnować. Generalnie mam taką zasadę, że co masz zapłacić jutro, zapłać dzisiaj. Ile można zarobić przetrzymując pieniądze na koncie dzień, dwa czy nawet tydzień dłużej? Grosze… Zresztą nie dotyczy to tylko płatności, ale szerzej traktowania ludzi i firm, z którymi się pracuje lub współpracuje. To się chyba kiedyś nazywało solidnością kupiecką? Pewnie miało na to wpływ wszystko: i wychowanie w rodzinie (rodzice lekarze dawali nam dobry przykład), i wieloletnie działanie w różnych grupach i zespołach, gdzie fałsz prędzej czy później wychodzi zwykle na wierzch, i pewnie też wiara w Dekalog, z czym się jakoś specjalnie może nie obnoszę, ale jednak staram się, podkreślam staram się, żyć jednak według jego wskazówek.
I tak – uważam, że taka postawa z reguły jest po prostu opłacalna w biznesie, długoterminowo opłacalna. Tłumacz zgodzi się na ciut niższą stawkę, jeśli będzie wiedział, że nie musi potem dzwonić dziesięć razy, żeby dostać w terminie honorarium, to samo autor czy redaktor. Agent da kilka dni wyłączności na ocenę tekstu. Drukarnia chętniej zrobi coś ekspresowo, jeśli walą się nam terminy, bo wie po latach współpracy, że też może liczyć na nas w trudnej chwili. A jeśli nawet nie jest opłacalna? To ile na tym tracimy? Czy naprawdę to jakaś wielka strata, ten widok stanu konta o kilkadziesiąt tysięcy złotych niższy?
Jacek Włodarczyk: Pamiętam pewną starszą panią, która (dawno temu) pojawiła się na targach książki w Pałacu Kultury na stoisku REBISU i z radością wypisaną na twarzy oznajmiła: z informacji uzyskanej u organizatora dowiedziałam się, że wydawnictwo Salamandra nie wystawia się na targach. A tu proszę jest… Seria „Salamandra” to był chyba pierwszy wasz projekt z ambitną literaturą współczesną. Podobnie jak ta pani na targach, też uważałem, że wtedy nazwa serii przebiła popularnością nazwę wydawnictwa. Co dalej z serią „Salamandra”? Jak klikniemy na stronie rebis.com.pl na zakładkę z serią „Salamandra” to pojawiają się okładki bez loga tej serii. Czy to jest zamierzona strategia wizerunkowa?
Tomasz Szponder: Tak, „Salamandra” szczególnie przez pierwsze dziesięć lat naszej działalności to była bardzo rozpoznawalna marka. Seria ruszyła już na początku 1992 roku, a więc kilkanaście miesięcy po wydaniu pierwszej naszej książki. Po prostu, kierując się znaczeniem naszej nazwy (w skrócie dwoistość w jednym), od początku wiedzieliśmy, że będziemy wydawać zarówno literaturę komercyjną, jak i tę nieco poważniejszą. Wiadomo było, że ten początkowy szał na komercję (fantastyka, horror, sensacja itd.) długo się nie utrzyma, bo ile przeciętny czytelnik może przyswoić takich książek miesięcznie? Stąd hossa na komercję, która królowała w 1990 i 1991 roku szybko zaczęła się kończyć. Ci wydawcy i dystrybutorzy, którzy tego nie wyczuli na czas, szybko zaczęli mieć problemy finansowe albo też szybko bankrutowali. Rebis chyba jako pierwszy zaczął wydawać na poważnie tzw. literaturę środka, czyli właśnie „Salamandrę”. Dlaczego „Salamandra”? Bo to była seria mieniąca się różnymi barwami i skierowana po prostu do czytelnika poszukującego czegoś dobrego do czytania, ale jednocześnie nie aż tak ambitnego, żeby to były dzieła głównie dla krytyków literackich. „Salamandra” przeżywała szczyt popularności w drugiej połowie lat 90-tych, a oprócz dwóch najważniejszych ikon, Whartona i Carrolla, wydawaliśmy wtedy w niej także np. Vargasa Llosę, Dicka, Kazana czy Winterson. Ugruntowaniu pozycji serii sprzyjały też niemal coroczne peregrynacje najsłynniejszych autorów po kraju, a także fakt, że np. w salonach Empiku literackie serie były wtedy eksponowane na osobnych półkach.
Potem zaczęliśmy różnicować literacką ofertę, ponieważ trudno było wydawać w jednej serii więcej niż kilkanaście tytułów rocznie. Tadeusz publikował w wydawnictwie Zysk i ska serię „Kameleon”, a i inni wydawcy też zwrócili uwagę na tego typu literaturę środka i podobnych serii pojawiło się kilka. U nas ruszyła osobno seria „Mistrzowie literatury” (Vargas Llosa, Oz, Saramago, Remarque, Rushdie, itd.), osobno wydaliśmy całą serię książek Dicka, najpierw w oprawie broszurowej, a potem w oprawie twardej, poza „Salamandrą” zaczęliśmy wydawać thrillery, które wcześniej też czasami trafiały do tej serii (choćby Caleb Carr czy Eliot Pattison). W ostatnich kilkunastu latach popularność takich serii chyba zdecydowanie zmalała, a wydawanie tych książek z logiem „Salamandry” już coraz mniej dawało. Nawet Empik od wielu już lat eksponuje przecież książki według nazwisk autorów, a nie jako konkretne serie wydawnicze.
Jacek Włodarczyk: Nie widujemy się zbyt często, ale zawsze pamiętam spokój wymalowany na Twojej twarzy. Nigdy nie widziałem abyś był zdenerwowany, nawet wtedy, gdy raz byłem świadkiem, jak złodziej ukradł Twojego laptopa ze stoiska na targach Jak osiągasz taki spokój ducha?
Tomasz Szponder: Nie pamiętam laptopa, ale pamiętam samochód skradziony na jesiennych targach w Warszawie, tuż przed ruszeniem w kolejną podróż promocyjną z Jonathanem Carrollem. Straciliśmy nie tylko samochód, ale i ubrania przygotowane na ponadtygodniową podróż. Trzeba było błyskawicznie wynająć jakiś transport, a w Łodzi, gdzie mieliśmy pierwszy nocleg na trasie, ruszyć po podstawowe zakupy na Piotrkowskiej.
Czy jestem jakoś nadzwyczajnie spokojny? No, nie wiem – zdarza mi się wybuchnąć, ale rzeczywiście raczej rzadko. Z drugiej strony, gdybym po 48 latach pracy społecznej w AZS i 35 latach pracy zawodowej w Rebisie denerwował się wszystkimi niepowodzeniami, wpadkami itd., to dawno już bym udał się na zasłużony spoczynek, wieczny spoczynek. Przecież nasza działalność wydawnicza składa się nie tylko z dziesiątków hitów, owszem, fajne to jest, ale przede wszystkim z setek książek, które ledwie na siebie zarobią i setek większych lub mniejszych wpadek wydawniczych. Czy za każdym razem mam długo roztrząsać niepowodzenia i płakać nad nimi ? Nie, wolę poszukać nowej szansy i patrzeć do przodu. Tym bardziej, że przecież jesteśmy w luksusowej sytuacji – nikt nas w REBISIE nie rozlicza z ewentualnych niepowodzeń poza nami samymi, prawda ? A musiałbym być schizofrenikiem, żebym biczował jako wspólnik siebie samego jako prezesa firmy. Wolę obgadać sprawę z Grażyną czy ze współpracownikami i poszukać jakichś rozwiązań. Oczywiście łatwo mi to mówić, bo nie mamy nad sobą Rady Nadzorczej , która żąda co roku jak najwyższych zysków, ale cóż – każdy przecież wybiera w życiu swój los, prawda?
I jeszcze jedno – nie zazdroszczę innym ich sukcesów, to też mi daje sporo spokoju. Uważam, że tylu inteligentnych i pracowitych ludzi pracuje w naszej branży, że każdemu należy się sukces. Oczywiście jedni odnoszą go częściej, inni rzadziej, ale lubię porównywać przede wszystkim poziom sprzedaży naszych własnych książek między nimi (taki wyścig wewnętrzny) niż ścigać się z wydawnictwami, które występują w innej kategorii wagowej, a może nawet i w rywalizacji jakby w innej dyscyplinie sportowej.
Jacek Włodarczyk: Co sądzisz o ustawie o stałej cenie detalicznej? Śledząc Twoje wypowiedzi na ten temat, przypuszczam, że raczej jesteś za niż przeciw. Nie było też podpisu nikogo z REBISU pod listem otwartym do Polskiej Izby Książki z 27 kwietnia 2021. Czy możesz przedstawić Twoje argumenty w tej kwestii?
Tomasz Szponder: Tak, osobiście uważam, że regulacje na rynku książki przydałyby się. Nasza działalność wydawnicza to jednak nie jest zwykły biznes, to coś na pograniczu, coś pomiędzy normalną działalnością biznesową, a sferą działalności charakterystyczną dla instytucji kultury.
Z tym, że łatwiej mi dywagować na temat jednolitej ceny książki, skoro los REBISU nie zależy aż w tak dużym stopniu od nowości, jak to się dzieje w innych wydawnictwach. Mamy bardzo liczną i silną backlistę, która raczej nie będzie poddana na wpływy takiej ustawy. Tyle że ewentualna ustawa nie jest remedium na wszystkie kłopoty branży. Jako wydawcy jesteśmy w tej chwili pod naciskiem z dwóch stron – z jednej strony dystrybutorzy cisną nas o coraz wyższe rabaty i z różnymi dodatkowymi opłatami przekraczają one już często 50%, oni sami zaś chętnie widzieliby coś w granicach 55% lub więcej, a z drugiej strony autorzy i ich agenci coraz częściej żądają 10 czy więcej procent za prawa autorskie, i to nawet nie w przypadku wielkich hitów, a tak na dzień dobry. Przypominam, że jeszcze kilkanaście lat temu podstawowe honorarium wynosiło z reguły 6% od detalu, kilka lat temu 7% od detalu, a teraz nikt nie zaczyna niżej niż 8 – 9%. Policzmy, ile zostanie nam niedługo na działalność wydawnictw, kiedy zsumujemy 55% dla dystrybutora z 10% dla autora. Ciut ponad jedną trzecią ceny książki okładkowej. Zatem, jeśli ustawa o jednolitej cenie książki, to także pakiet dodatkowych uregulowań dotyczących np. rabatu dla dystrybucji, wsparcia księgarni, regulacji dotyczących działalności abonamentowej w przypadku książki cyfrowej itd. Jeśli tego zabraknie, to jednolita cena może tylko zaszkodzić rynkowi, a nie naprawić go.
Zresztą mamy w Zarządzie odrębne zdania z Grażyną na ten temat, więc i tak nie możemy się określić w tej sprawie jednoznacznie jako REBIS.
Jacek Włodarczyk: Jesteś mocno związany ze środowiskiem lokalnym. Czy bycie poznaniakiem ma wpływ na działalność wydawniczą?
Tomasz Szponder: Tak, działam w Poznaniu na różnych polach, więc oczywiście jakiś wpływ to ma. Co prawda trafiliśmy z Grażyną do tego miasta dopiero na studiach, ale to już szmat czasu, więc można powiedzieć, że jesteśmy już od dawna poznaniakami. Oczywiście wydaliśmy w różnych okresach sporo książek autorów z Poznania, czasem na tematy lokalne, ale generalnie nie ma to większego wpływu na naszą działalność – jesteśmy firmą działającą w całej Polsce, więc szukamy tematów i autorów w całym kraju, a raczej na całym świecie. Fajnie jest wydać czasem coś „poznańskiego”, ale to nie definiuje jakoś specjalnie naszej działalności.
Jacek Włodarczyk: Od kilku lat Dom Wydawniczy REBIS otwiera drzwi swojego magazynu, dając wszystkim zainteresowanym okazję do zakupu wybranych książek po symbolicznej cenie, a cały dochód przeznaczając na cele charytatywne. Czy oprócz tej akcji REBIS udziela się charytatywnie w innych aspektach życia?
Tomasz Szponder: Oczywiście – nie na darmo przez kilkanaście lat startowaliśmy w konkursie „Przedsiębiorstwo Fair Play” i corocznie zdobywaliśmy ten tytuł. Uważam, że taka działalność prospołeczna powinna być immanentną sferą działalności każdej firmy. Mamy dodatkowe obowiązki jako ludzie, którym powiodło się w życiu, wobec tych, którym może coś poszło nie tak albo którzy są przez to życie pokrzywdzeni, często przecież nie ze swojej winy. Corocznie wspieramy tysiącami książek różne instytucje: szkoły, kluby sportowe, organizatorów olimpiad i konkursów dla młodzieży… Organizujemy zbiórki na Orkiestrę, finansujemy kilkanaście stypendiów sportowych dla ludzi przychodzących na studia do Poznania, wspieramy finansowo różne zbiórki w internecie… Jedną z większych akcji, powtarzanych już kilkakrotnie, są tysiące książek dla bibliotek w zakładach karnych i aresztach w całej Polsce – to nasz skromny wkład w resocjalizację osób skazanych.
A co do akcji wietrzenia magazynów – po napaści Rosji na Ukrainę najpierw zadeklarowaliśmy przeznaczenie na cele wsparcia Ukrainy zysków ze sprzedaży od dnia napaści książki Bartosiaka i Zychowicza „Nadchodzi III wojna światowa” , a potem nasi pracownicy z Bogdanem Tobiszowskim na czele wymyślili akcję wyprzedaży końcówek z magazynu, namówili do współpracy „Lubimy czytać”, a całość przychodów z pierwszej akcji wiosną 2022 roku przeznaczyliśmy też na wsparcie Ukrainy. Potem poszło już z górki, akcje powtarzaliśmy już kilkakrotnie (wiosną tego roku odbyła się jej piąta edycja), przeznaczając przychody na różne cele społeczne, ostatnio na fundację Anny Dymnej.
Jacek Włodarczyk: Plany na przyszłość. Nie będę pytał o plany wydawnicze. Zapytam o plany związane z zarządzaniem firmą. Każdy z nas wcześniej czy później stanie przed dylematem: dalej zarządzać czy oddać zarządzanie innym. Jakie jest Twoje zapatrywanie na tę kwestię?
Tomasz Szponder: Cóż, latka lecą – taki jest naturalny porządek rzeczy. Ciągle jednak jest dość energii i sił, żeby codziennie zjawić się w pracy z całą masą rzeczy do załatwienia na biurku i wieczorem wyjść ze świadomością, że części z nich nie udało się załatwić.
Dopóki pracę traktuje się jednocześnie jako hobby i daje ona masę satysfakcji, to człowiek rzadko myśli o dalszej przyszłości. Generalnie mieliśmy w ciągu ostatnich kilkunastu lat kilka mniej lub bardziej poważnych ofert zakupu Rebisu, czasem nawet rozmowy doprowadzone były do etapu wyceny, ale zawsze zadawaliśmy sobie pytanie: „Co dalej, jak już zgarniemy tę kupę kasy?”. Życie rentiera i popijanie martini (Grażyna) lub tequili (ja) na wyspach Hula Gula? Nuda! Tworzenie za tę kasę nowego wydawnictwa i nowego zespołu ludzi? Zbyt mocno przywiązani jesteśmy do TEGO wydawnictwa i do TYCH ludzi, żeby powtarzać od nowa cały proces. Oczywiście za jakiś czas trzeba wrócić do tematu, tym bardziej, że widać wzmożone zainteresowanie inwestorów krajowych i zagranicznych konsolidacją branży. Zobaczymy, co z tego zainteresowania wyniknie – na razie nie przesądzamy sprawy i działamy jak zwykle , oczekując, że czytelnicy dobrze przyjmą nasze kolejne propozycje wydawnicze.
Jacek Włodarczyk: Dziękuję za rozmowę.








