To była długa podróż, ale nawet najdłuższa podróż musi kiedyś się skończyć
Przegląd
- Typ: Wywiady
- Marka: Szara Godzina
24 czerwca ukazała się książka Andrzeja H. Wojaczka „Kantyk słowika”, która kończy oba cykle powieściowe – „Wrzeciono Boga” oraz „Żniwo Ognia”. Jak mówi autor: ,,Tym samym kończy się wieloletnia wędrówka Teofila Kłoska, człowieka, którego życie stało się panoramą najważniejszych wstrząsów XX wieku.”
„Kantyk słowika” zamyka dwa Pana cykle powieściowe – „Wrzeciono Boga” i „Żniwo Ognia”, w których towarzyszymy Teofilowi Kłoskowi podczas powstań śląskich, w okresie międzywojennym, kampanii wrześniowej, w katowniach NKWD i piekle gułagu…
„To już jest koniec”… Tak przed laty śpiewał zespół Elektryczne Gitary. I tak: „Kantyk słowika” definitywnie kończy oba cykle powieściowe – „Wrzeciono Boga” oraz „Żniwo Ognia”. Tym samym kończy się wieloletnia wędrówka Teofila Kłoska, człowieka, którego życie stało się panoramą najważniejszych wstrząsów XX wieku. To była długa podróż, ale nawet najdłuższa podróż musi kiedyś się skończyć. W tym kontekście „to już jest koniec”, co nie znaczy, że wszystko zostało opowiedziane i zapisane. Piszę o tym w posłowiu powieści, ponieważ od dłuższego czasu mówię o inspiracjach balzakowską „Komedią ludzką”.
Otóż postanowiłem przeszczepić tę ideę do własnej twórczości, co zaowocowało projektem, któremu nadałem tytuł „Miasteczko”. To już nie tylko saga rodzinna, ale gęsta siatka fabularnych zależności, w której poszczególne tomy moich powieści wchodzą ze sobą w subtelny dialog poprzez powracające miejsca, wątki i postacie, które uważny czytelnik może tropić z detektywistycznym zacięciem. Mam świadomość, że życie Teofila Kłoska obfitowało w wiele wydarzeń, które pozostały poza kartami obu trylogii. Wierzę, że to właśnie czyni moje uniwersum żywym i wciąż otwartym na dalszą opowieść.
Fabuła książki „Kantyk słowika” toczy się w powojennej Polsce, na Śląsku. Teofil nie chciał tu wracać…
Trawestując „klasyka”: „Nie chciał, ale musiał”. Podejmując arcytrudną decyzję o powrocie, Teofil kierował się powinnością wobec bliskich. Powinność – słowo, którego osobiście nigdy nie cierpiał, słowo twarde, bezduszne, wyraźnie nasycone winą, poczuciem winy. Zdecydował – jak to Teofil – być może błędnie, ale ostatecznie. I tego się trzymał. Nie roztrząsał raz powziętej decyzji, nie snuł wizji alternatywnej przyszłości. Po tym, co przeżył, nauczył się, że życiowe powołanie nie realizuje się na jednej, określonej ścieżce, ale może przebiegać różnymi drogami.
Co ciekawe dziś żyjemy w epoce obsesji na punkcie „właściwego” wyboru, lęku przed zamknięciem sobie innych ścieżek. Psychologia nadała temu zjawisku osobną nazwę: FOMO – fear of missing out – strach przed tym, co nas omija, jedna z chorób cywilizacyjnych dotykających człowieka, który nigdy nie podjął żadnej ostatecznej decyzji. To tak jakby w czasie szturmu żołnierz zaczynał rozważać, czy nie lepiej byłoby uderzyć z innej strony. Wieczne kwestionowanie decyzji paraliżuje człowieka i więzi go w błędnym kole „przeżuwania” wszystkich za i przeciw.
„Miłość to nie emocje. Miłość to decyzja. A ja, kiedy się pobieraliśmy, zdecydowałem towarzyszyć ci aż do śmierci” – mówi do Klary. W pewien sposób to kwintesencja postawy Teofila wobec życia…
Nie zapominajmy, że Teofil to żołnierz. Stary ułan, człowiek rozkazu, który rozkaz traktuje jak rzecz świętą. Dawniej były to rozkazy dowódców i przełożonych. W późniejszym etapie życia były to imperatywy duchowe, które rodziły się w nim w toku wewnętrznej kontemplacji i głębokich przeżyć, które owocowały konkretnymi decyzjami.
Teofil nie czytał prac Hawkinsa, ale odkrył, że emocje są ze swej natury stanami przejściowymi. Miłość, oparta wyłącznie na emocji, jest skazana na wygaśnięcie wraz z jej intensywnością. Właśnie to rozumiał Teofil bez mądrych podręczników, ponieważ miał intuicję kogoś, kto na własne oczy widział ludzi umierających za idee, i kto sam wielokrotnie musiał działać wbrew buzującym w nim emocjom.
Śmiało można oddać Teofilowi, że osiągnął to, co współczesna psychologia nazywa dojrzałością emocjonalną: nauczył się odczuwać emocje bez bycia przez nie kontrolowanym. Viktor Frankl (którego Teofil przecież nie czytał, ale przez zbieżność doświadczeń mógłby być jego bratem w duchowym sensie) opisywał to jako ostatnią ludzką wolność – wolność wyboru własnej postawy wobec każdej sytuacji.
„Miłość to decyzja” to nic innego jak credo życiowe starego ułana, podsumowanie całej jego filozofii. Człowiek, który – jak mówił o Teofilu jego przyjaciel Albert Tatarczyk – przeszedł przez ogień i nie dał mu się pochłonąć, doszedł do tej samej mądrości, do której przez wieki dochodzili filozofowie i mędrcy.
Teofil ubiera miłość w język przysięgi, odpowiedzialności i wierności. Mało romantycznie, ale Klara rozumie ten język?
Teofil jest takim samym romantykiem jak Kmicic, Bohun, pan Wołodyjowski, czy cała znakomita plejada romantyków, szaleńców, czyli tak naprawdę pragmatykiem. Wszyscy oni kochają gwałtownie, absolutnie, bez kalkulacji. Teofil jest ulepiony dokładnie z tej samej gliny. Jego mało romantyczny język przysięgi jest w istocie najbardziej romantyczną postawą z możliwych, bo romantyzm w głębokim, polskim sensie to nie chwilowe uniesienie, lecz gotowość zapłacenia najwyższej ceny za wartości, których się nie zdradza.
Przysięgając Klarze, składa taki sam rodzaj przysięgi, jakby przysięgał Bogu, Ojczyźnie, czy wartościom. Dla kogoś taka postawa może być mało romantyczna, ale w przypadku Teofila Kłoska jest niezwykle szczera. Wojsko nauczyło Teofila, że decyzja wyprzedza okoliczności. Dobry żołnierz nie podejmuje decyduje w kryzysie – on już wcześniej zdecydował, jak się zachowa, gdy ów kryzys nadejdzie. W ten sam sposób Teofil podchodzi do miłości: decyzja została podjęta przy ołtarzu. Wszystko, co nastąpi potem – choroba, rozłąka, starość, trudności, milczenie, rozczarowanie – to tylko wierność rozkazowi, który sam sobie wydał.
Współczesna kultura mówi, że miłość trwa, dopóki trwa uczucie. Teofil zaś zdaje się mówić, że miłość trwa, dopóki ja pozostaję wierny słowu, które dałem. To jest najpiękniejszy dar, jaki jeden człowiek może ofiarować drugiemu: pewność, że nie zostanie porzucony tylko dlatego, że uczucia i emocje są zmienne. Klara to wie. I właśnie dlatego śpi spokojnie.
Nie widzieli się osiem nieludzkich lat, które naznaczyły ich ciała i dusze. Czy można nadrobić lata rozłąki, ocalić bliskość?
Człowiek, który wierzy, że w jakiś sposób „nadrobi” stracony czas, wpada w pułapkę życia przyszłością, która ma być swoistą rekompensatą za przeszłość. Tymczasem – co wręcz maniakalnie staram się podkreślać w obu trylogiach – ani przeszłość, ani przyszłość nie istnieją inaczej niż jako konstrukty umysłu. Istnieje tylko teraźniejszość. Można maksymalizować przeżywaną teraźniejszość, smakując „tu i teraz”, co tak rzadko praktykujemy w swoim życiu w pogoni za przyszłością, w której – jak naiwnie wierzymy – wreszcie się osadzimy.
Teofil i Klara odrabiają tę lekcję – celebrują czas, który im pozostał. Nie mając zielonego pojęcia o buddyjskiej filozofii zen, praktykują japoński rytuał „chado”: piją herbatę, instynktownie wyczuwając, że pita z pełną uwagą, jest więcej warta niż snucie dalekosiężnych planów. Delektują się „benedyktynką” starego barmana. To też nie przypadkowy trunek. To napitek stworzony przez mnichów, którzy żyli według rytmu, powtarzalności. Każda godzina zakonna jest taka sama i jednocześnie inna. Teofil i Klara, sącząc benedyktynkę, wchodzą w rytm, który jest ponadczasowy – rytm spokojnego, celebrowanego życia, którego osiem lat im ukradziono.
Kluczowy jest tu jeszcze jeden wymiar: Teofil i Klara nie zamykają się w swojej bliskości jak w fortecy. Otwierają się na nowe relacje, pielęgnują stare przyjaźnie. To niezwykle dojrzały obraz miłości, który nie wysysa energii ze świata zewnętrznego, lecz promieniuje nią na zewnątrz.
Klara nosi swój ból inaczej niż Teofil. Co pozwala jej zachować większy spokój wobec dramatycznych doświadczeń?
Klara i Teofil doświadczyli śmierci za życia. Filozofowie egzystencjalni nazywają to doświadczeniem granicznym. Gdy człowiek ociera się o ostateczność, przestaje lękać się doczesności; strach bowiem trwa tylko dopóty, dopóki mamy coś do chronienia. Oboje przeszli przez piekło obozów, choć ich drogi były skrajnie różne: Teofil doświadczył go na nieludzkim wschodzie, Klara poznała grozę niemieckiego lagru. Zostali skreśleni z ewidencji, umarli za życia. To nie tylko metafora. Zostali naznaczeni traumą, która pokiereszowała ich zarówno bliznami jak i swoistymi darami.
Teofil jest żołnierzem, którego tożsamość przez lata była zbudowana na działaniu, rozkazie, kontroli. System zabrał mu to wszystko: Teofil nie mógł walczyć, nie mógł rozkazywać, nie mógł chronić tych, których przysięgał chronić. Trauma łagru dla mężczyzny ukształtowanego przez wojsko jest podwójnie miażdżąca, bo uderza dokładnie w centrum jego tożsamości. Stąd jego późniejsza potrzeba spisywania wspomnień i nadawania im sensu.
Klara nosi swój ból inaczej, bo kobiecość w obliczu ekstremalnego cierpienia uruchamia nieco inne mechanizmy. Kobiety w niewoli częściej tworzyły mikrospołeczności wzajemnej opieki. Klara ratuje życie, bo jest pielęgniarką. Robi to, do czego została powołana. Jej spokój nie jest brakiem bólu; jest wyrażeniem zgody na to, że ból jest częścią życia, a nie jego zaprzeczeniem.
Tymczasem Teofil jest wciąż w przeszłości. Mówi, że nosi w sobie zbyt wiele wspomnień, które buzują jak para w kotle. Pisze listy do przyjaciół rozsianych po świecie i do tych, którzy jak Chimek Bugdoł, przepadli, zostawiając ból i tęsknotę…
Teofil nie ma dzieci. Pozostał ostatnim z Kłosków. Jego rodzice i bracia nie żyją. Przyjaciół porwał wiatr historii. Choć wciąż otaczają go ludzie, bliscy Klary, dzieli go z nimi przepaść nie do zasypania, bo najbliższa rodzina często nie jest gotowa dźwigać ciężaru cudzej przeszłości, zwłaszcza jeśli ta przeszłość należy do kogoś, kto – jak Teofil – wrócił „spoza świata” i już nie potrafi żyć zwyczajnie. Ci, którzy pozostali, szukają oparcia w „zwyczajności”: w pracy, w edukacji, w relacjach. Teofil zaś chce nadać sens własnym wspomnieniom, ale dla rodziny opowieści o dalekich krajach i trudnych doświadczeniach to niechciany balast.
I tak jak w przepełnionym kotle, w którym ciśnienie musi znaleźć ujście, by nie doszło do katastrofy, Teofil odnajduje swój ratunek w pisaniu. Skoro los nie dał mu potomstwa, jego jedynym, duchowym dziedzictwem staje się słowo.
Pewnego dnia Klara wręcza Teofilowi gruby brulion, mówiąc, że ma zapisać w nim wszystko, co przeżył, to, o czym inni nie chcą słuchać. Dlaczego?
Myślę, że Klara „wyprzedziła” tu ideę Jamesa Pennebakera, amerykańskiego psychologa, autora przełomowych badań nad terapią przez pisanie. Ona nie potrzebuje teorii naukowej, żeby wiedzieć, że Teofil nosi w sobie coś, co go niszczy od środka. Jest w tym coś z tradycji spowiedzi: słowa wypowiedziane (lub zapisane) mają inną wagę niż myśli uporczywie krążące w głowie. Klara instynktownie rozumie, że Teofil potrzebuje świadka – choćby niemego, choćby papierowego. Właśnie Pennebaker odkrył, że ludzie, którzy regularnie spisywali swoje myśli, rzadziej zapadli na choroby i szybciej zdrowieli po przeżytych kryzysach. Zdaniem Pennebakera język jest nie tylko narzędziem komunikacji, lecz sposobem porządkowania osobistych, często traumatycznych doświadczeń i przekształcania chaosu emocjonalnego w narrację, która daje sens. Właśnie coś takiego uprawiał Teofil, siadając do pisania.
Przypuszczam, że sam uprawiałem coś podobnego, zanim moje pisanie stało się zawodem. Nie jestem w tym odosobniony. Wielu wielkich pisarzy zaczynało od pisania dla siebie. Brulion Teofila jest w pewien sposób archetypem literatury. Pisanie, które zaczyna się od potrzeby przeżycia, ostatecznie staje się świadectwem dla innych.
Pół żartem, pół serio mogę powiedzieć, że jestem trochę jak Klara: dałem Teofilowi głos tak, jak Klara podarowała mu brulion. Stworzyłem przestrzeń, w której mój stary ułan mógł w końcu wyznać to, czego nikt nie chciał słuchać. Mówiąc już całkiem serio: bardzo często nachodzi mnie refleksja, że i w moje ręce pamiętnik Teofila trafił zrządzeniem „tajemniczej” Klary, w której ja widzę Wielkiego Tkacza.
„Kantyk słowika” to książka o pamięci, co sygnalizuje Pan dwoma cytatami na wstępie. Mówi się, że pamięć jest fundamentem naszej tożsamości – indywidualnej i zbiorowej…
Zacząłbym od definicji tożsamości. W moim rozumieniu tożsamość to historia, jaką człowiek opowiada samemu sobie o sobie samym. Francuski filozof Paul Ricoeur nazywał to tożsamością narracyjną. Tożsamość jest procesem, nie stanem i zmienia się za każdym razem, gdy człowiek opowiada swoją historię na nowo – innemu słuchaczowi, w innym czasie, z innym zakończeniem. Skoro tożsamość to historia opowiadana sobie o sobie, to pamięć jest jej tworzywem – niestety, tworzywem bardzo kiepskiej jakości.
„Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość.” – pisał George Orwell. Teofil jest świadkiem, a kiedy świadkowie odchodzą, można dowolnie kształtować historię…
W „Żniwie Ognia” bardzo wiele miejsca poświęcam instytucji świadka. Cytat z Orwella nie jest tu tylko literacką ozdobą – to klucz do rozumienia, dlaczego świadkowie są groźni dla systemów władzy. Każdy system oparty na kłamstwie nie boi się zbrojnego oporu tak bardzo jak żywego człowieka z pamięcią. W tym kontekście słowom Marka Hłaski z cytatu odpowiada myśli Teofila: „Pamięć, pełna obrazów, smaków i zapachów, pozostawała pamięcią – była jak sentymentalne złomowisko, narażona na deformacje i zakłócenia”.
Na którymś etapie swojego życia Teofil dokonuje przerażającego odkrycia, że tak naprawdę nic o sobie nie wie, że wszystko, co sądził, że wie na swój temat, to konfabulacje ułożone przez świat, środowisko, w którym się wychował, dom, który go ukształtował, ludzi, którymi się otaczał czy głosy, które słyszał w swojej głowie. To potężne archiwum, z którego nie sposób wyodrębnić prawdy, ponieważ każde wspomnienie jest jej rekonstrukcją, nie zapisem. Doświadcza więc Teofil dysonansu poznawczego, zjawiska, które Leon Festinger jako pierwszy opisał w 1957 roku [!!!]. Mowa o dyskomforcie wywołanym sprzecznością między przekonaniami a faktami, który jest tak silny, że większość ludzi woli zniekształcić fakty, niż zmienić swoje dotychczasowe przekonania. To wywołuje w nim całą gamę emocji: od początkowego zdumienia, poprzez strach, potężne poczucie winy, gniew, wreszcie wstyd…
Większość ludzi uważa że ich światopogląd to ich tożsamość, więc kiedy coś zakwestionuje ten dotychczasowy światopogląd, człowiek musi zmierzyć się z przerażającym pytaniem: kim będę, gdy pozbędę się dotychczasowego światopoglądu? Może więc lepiej dalej tkwić w błędzie niż stać się nikim?
Lęk przed zagubieniem i trwaniem w stanie bez właściwych odpowiedzi kumuluje strachy i widmowe projekcje, które powodują, że myśl o wyjściu z dotychczasowego sposobu myślenia wydaje się człowiekowi zbyt straszna. To wszystko spada na Teofila jak kot na mysz. Pewne doświadczenia życiowe uświadamiają mu, że rzeczy i zjawiska, których dotąd nie widział fizycznymi oczami, stały się bardziej prawdziwe od tych, które dotychczas oglądał, i w które wierzył.
Teofil, stary powstaniec i ułan, przez całe życie nosił maskę twardziela, człowieka czynu, żołnierza. Odkrycie, że ta maska nie jest nim – że pod nią jest ktoś, kto sam siebie nie zna – jest jak amputacja bez znieczulenia. To nic innego jak śmierć ego. Mimo to Teofil decyduje się na ten krok. Pozwala umrzeć swojemu ego. Jeszcze nie zna w pełni prawdy, ale już wie, co jest nieprawdą. I dlatego ją odrzuca! Woli trwać w cieniu niepewności, w groźbie bólu śmierci, którego będzie doświadczał emocjonalnie, niż pozostać trybikiem w machinie, i realizować założenia i dotychczasowe tresury. Teofil wybiera drogę, którą teologia chrześcijańska nazywa „via negativa” lub teologią apofatyczną: nie wiem, co jest prawdą, ale wiem, co nią nie jest, i to już wystarczy, żeby odrzucić fałsz.
Teofil zaczął jako świadek historii XX wieku, a ostatecznie stał się świadkiem własnej historii. W tym kontekście Orwell miał rację: kto kontroluje narrację, kontroluje rzeczywistość. Teofil, odmawiając przyjęcia cudzej narracji o sobie, dokonuje aktu głębokiego, cichego oporu. Tylko że tym razem jedynym wrogiem jest on sam. Ostatecznie wygrywa nie siłą, lecz odwagą, by wszystkiego nie wiedzieć. Ale i to w końcu przestaje być dla niego ważne w momencie, gdy Teofil znajduje innego Świadka, który opowie jego historię bez żadnych konfabulacji.
Przez oba cykle opowiada Pan nie tylko o Teofilu, ale również o Śląsku. Jak zmieniał się od czasów młodości Teofila do powojennej rzeczywistości?
Śląsk jest być może jedynym miejscem w Europie Środkowej, które na przestrzeni jednego ludzkiego życia kilkukrotnie zmieniło tożsamość polityczną, językową i kulturową. To miejsce, które przez lata samo nie wiedziało, komu podlega, czyje jest i do kogo należy. Śląska ziemia przez wieki przechodziła z rąk do rąk; słowiańska, polska, czeska, niemiecka, poniemiecka, była jednocześnie niczyja, a zarazem wszystkich i każdego. Śląsk przypomina trochę palimpsest – rękopis spisany na używanym już wcześniej pergaminie, pod którym prześwitują poprzednie warstwy.
Teofil urodził się jeszcze pod pruską jurysdykcją. Jako powstaniec śląski przywracał jej polską zwierzchność. W latach 30. bronił Śląska przed zakusami hitlerowskiej agentury. Wyjeżdżał stąd w sierpniu 1939 roku, kiedy nad Śląskiem zapadał zmierzch II Rzeczpospolitej. Gdy wrócił po ośmiu latach, Śląsk znajdował się pod komunistycznym protektoratem. Ale to tylko etykietki.
Zmienia się ustrój, władza, prawo, ale człowiek pozostaje człowiekiem, figurą na szachownicy życia – raz pionkiem, raz skoczkiem, raz hetmanem. To jest właśnie prawda o Teofilu i o każdym człowieku uwikłanym w historię: zmienia się jego rola, ale plansza, po której się porusza, pozostaje niezmiennie ta sama. Jest w tym jednak coś głębszego. Tym różni się gra od życia, że Teofil i jemu podobni – choć „zbici” przez figurę przeciwnika poza planszę – i tak zdołali wrócić na szachownicę życia.
„Kantyk słowika” to książka również o przemijaniu. Jedno pokolenie odchodzi, pałeczkę przejmuje kolejne. Słowik śpiewa przecież o świcie, kiedy wstaje nowy dzień…
W Pani pytaniu zamknięty jest cały komentarz, o jaki mógłbym się pokusić. Ot dziejowy zamysł. Wrzeciono Boga.
Nowe pokolenie, które reprezentują m.in. Michał i Alicja, tak jak Teofil niegdyś, kształtują się w starciu z rzeczywistością…
Może nie będzie niczego odkrywczego w stwierdzeniu, że zmieniają się tylko czasy, zaś ludzie pozostają ci sami. Nie mówię o konkretnych jednostkach, lecz o archetypach, które Carl Jung opisywał jako powtarzające się w każdej kulturze i epoce: król, wojownik, kochanek, czarodziej. Michał i Alicja nie są „nowi”– są nowym wcieleniem starych wzorców. Michał, wkraczający w dorosłość przez bunt i inicjację, powtarza dokładnie ten sam schemat, który Teofil przerabiał czterdzieści lat wcześniej. Nie dlatego, że naśladuje Teofila, tylko dlatego, że tak wygląda dojrzewanie człowieka w każdej epoce. Teofil hartował się w ogniu powstań, wojny i łagrów. Michał własną formację przechodzi w ogniu gomułkowskiej szarości. Obaj potrzebują odwagi. Obaj formują się w starciu. Teofil nie stałby się Teofilem bez krwi. Michał nie stanie się sobą bez bólu odrzucenia, rozczarowania i dramatycznego wyboru, za który również zapłaci krwią.
Historia, którą opowiada Pan w „Kantyku słowika” rozgrywa się w określonym miejscu i czasie. Korzystał Pan ze źródeł – wspomnień, literatury – by opisać tę codzienność?
Korzystałem z wszystkiego, co w jakiś sposób mnie zainspirowało, a ja uznałem, że posłuży jak najlepszemu opowiedzeniu tej historii. W moim odczuciu, które na szczęście nie jest osamotnione, liczy się tylko opowieść! Ważny jest tylko przekaz i to co pozostawi w odbiorcy. Ktoś, kto podpisywał się jako Andrzej H. Wojaczek, wcześniej czy później zamieni się w garść prochu. Nie mam z tym żadnego problemu. Mam też nadzieję, że nie wszystkie moje książki zeżrą myszy. Więc istnieje szansa, że ktoś kiedyś przeczyta opowieść o Teofilu i albo się uśmiechnie, albo wzruszy. Jak powiedziałem: liczy się reakcja żywego człowieka, którego nie znam, w czasie, którego nie zobaczę. Moja osoba, moja tożsamość, moje poglądy, w niczym mu nie pomogą, a wręcz zaszkodzą. Istotą jest intymne spotkanie człowieka ze słowem.
Czy mógłby Pan przedstawić człowieka, który zainspirował Pana do napisania „Wrzeciono Boga” i „Żniwo Ognia”?
Fundamentem obu trylogii jest postać Teofila, który urodził się na początku XX wieku w okolicach Rybnika. Jego życiorys to w zasadzie zapis wielkiej historii, opowiedzianej losami jednego człowieka: od ucznia pruskiej szkoły, przez powstańca śląskiego, ułana i żołnierza września, aż po sybiraka, andersowca i społecznika. Teofil – niepoprawny romantyk o niespokojnej duszy – własne przeżycia uwiecznił na kartach pamiętnika. Sześć dekad później to właśnie te zapiski stały się dla mnie punktem wyjścia do stworzenia własnej historii fabularnej, rozpisanej na dwie trylogie. Pierwsza z nich, zatytułowana „Wrzeciono Boga”, obejmuje tomy „Kłosy”, „Wdowi grosz” oraz „Jutrznia” i skupia się na latach 1915-1939. Kontynuacją losów Teofila jest cykl „Żniwo Ognia”, w skład którego wchodzą „Ciernie i osty”, „Ostrze sierpa” i „Kantyk słowika”.
Jaką rolę w Pana życiu odegrała ta literacka wędrówka?
Zapoczątkowała proces rozpadu wizji tego, jak powinno wyglądać moje pisarstwo. Podobnie jak Teofil, przez większość życia żyłem iluzją; nosiłem w sobie pewien model pisarza, którym myślałem, że się stanę. Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie, ponieważ ów pisarz, w którego chciałem się przeistoczyć, jest w istocie maszkaronem z najczarniejszych koszmarów, potworem Frankensteina, pozszywanym z elementów biografii twórców i artystów, którzy na jakimś etapie mojego życia wywarli na mnie pewien wpływ. Z głośnym skowytem zdychającego ego zrozumiałem, że nie podążam drogą Sienkiewicza czy Folletta. Ci twórcy szli własną drogą, ja podążam swoją – unikatową, jednorazową, niepowtarzalną. Jak Teofil, który odkrył, że jego tożsamość to archiwum cudzych głosów, ja też odkryłem, że moje pisarskie powołanie było przez lata oparte na cudzych wzorcach. I podobnie jak Teofil – zamiast w panice zbudować nową iluzję – wybrałem niepewność własnej drogi.
Z czym chciałby Pan zostawić czytelników?
Każdą z powieści dedykowałem komuś, kto w jakiś sposób wywarł na mnie wpływ. Finałowy tom przygód Teofila zadedykowałem Czytelnikowi, który wiernie towarzyszył tak bohaterom jak i autorowi w ich literackiej podróży. Zostawiam Czytelników z pieśnią słowika – melodią wdzięczności, która rozbrzmiewa bez względu na porę dnia i życiowe okoliczności.
Dziękuję za rozmowę
Magda Kaczyńska








