Czasami trzeba się zgubić, żeby się odnaleźć

Czasami trzeba się zgubić, żeby się odnaleźć

Przegląd

Agencja Perdido” – młodzieżowy horror baśniowy.

 

Choć jest to powieść przeznaczona dla nieco młodszego czytelnika i niby nie powinnam należeć do grupy docelowej, moja wewnętrzna nastolatka wciągnęła tę książkę jednym haustem. Według niej Agencja Perdido. Droga przez mrok Victora Dixena, ma potencjał stać się fenomenem porównywalnym do Harry’ego Pottera – nie dlatego, że opowiada podobną historię, lecz dlatego, że wywołuje podobną skalę emocji i bez reszty wciąga czytelników w swój świat. Tak dla uściślenia, bo będzie to dla nas ważne w dalszej części tekstu, zdradzę, że pod względem klimatu i mroku zdecydowanie bliżej jej do „Koraliny”, „Osobliwego domu pani Peregrine” albo równie fascynującej serii „Cienie”.

Może dzięki popularności takich historii coraz więcej osób odkrywa, że choć młodzieżowy horror baśniowy miał na naszym rynku dosyć długo złą passę, to nie bez powodu zaczął z impetem wychodzić z cienia.

Zacznę od małego apelu: nie traktujmy młodzieżowych horrorów jak tej niechcianej ciotki na urodzinach, której nikt nie chciał zapraszać, a ona i tak przyszła, tylko jak gościa, który co prawda opowiada dziwne historie, ale finalnie okazuje się, że mają one więcej sensu niż niejeden grzeczny small talk przy stole.

Dlaczego o tym wspominam? Wokół tego typu literatury od lat narastają skrajne opinie – jedni widzą w niej tanią grozę i emocjonalny fast food, drudzy eskapizm dla tych, którzy nie chcą dorosnąć. Tymczasem coraz częściej głośno mówi się o tym, że podobne utwory są jednym z najciekawszych „laboratoriów” dojrzewania. To tam, pod płaszczem potworów i przeklętych lasów, kultura ćwiczy nasze najstarsze lęki.

Bo młodzieżowy horror niemal zawsze opowiada o tym samym: świat nagle przestaje być bezpieczny. Rodzice stają się nieobecni, instytucje zawodzą, a zło ma twarz czegoś, czego nie potrafimy nazwać, ale wiemy, że śmierdzi siarką i rozkładem. Brzmi znajomo? Oczywiście, to w gruncie rzeczy metafora dojrzewania. Potwór w horrorze rzadko jest tylko potworem, bo częściej jest wyobrażeniową formą lęku przed samotnością, odrzuceniem, śmiercią czy utratą kontroli nad własnym ciałem. Dlatego bohater, który nagle wpada do świata „pod spodem” albo trafia do pękających warstw rzeczywistości, jest czymś więcej niż postacią fabularną – to ktoś, kto uczy się poruszać w rzeczywistości, która nagle przestaje być oswojona i przyjazna.

Takie baśniowe światy nie są ucieczką od rzeczywistości, lecz jej symbolicznym uporządkowaniem. W świecie lochów, straszydeł i pradawnych królestw wszystko staje się wyraźniejsze: dobro i zło mają kształt, podróż ma cel, a bohater przechodzi rytuał przemiany. Nic dziwnego, że działa to szczególnie mocno na młodych odbiorców żyjących w epoce chaosu informacyjnego, ironii i rozpadu autorytetów. Daje coś, czego współczesność często skąpi – poczucie, że ten cały chaos może mieć sens.

Co ciekawe, wielu badaczy popkultury zauważa też, że pełnią one funkcję bezpiecznego treningu emocjonalnego. Można przeżyć strach, stratę i niepewność w kontrolowanych warunkach narracji. To trochę jak kulturowy symulator katastrofy. Oglądamy koniec świata, zwiedzamy nawiedzony dom albo wybieramy się na wyprawę przez mroczne królestwo nie dlatego, że pragniemy cierpienia, ale dlatego, że chcemy sprawdzić, czy bohater sobie poradzi. A przy okazji – czy my sami dalibyśmy radę.

I może właśnie dlatego nie warto tych historii odstawiać na półkę z etykietą „byle jaka rozrywka”. Bo czasem to one mówią o dorastaniu najuczciwiej – nawet jeśli mówią o nim językiem potworów.

Wracając do tej wspaniałej książki – wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, świat, w którym dobrze znana nam rzeczywistość pełna jest szczelin i pęknięć. Rys, przez które prześwituje coś obcego. Coś głodnego. To właśnie nimi nasz świat łączy się z lochami – osobliwymi „pęcherzami” innych wymiarów, tworzonymi przez nikczemne istoty zwane straszydłami. Niektóre z tych pęknięć są tak rozległe, że można przez nie przejść. I uwierzcie, nic dobrego z takich spacerów jeszcze nigdy nie wynikło. Zwłaszcza dla ludzi, którzy nawet nie podejrzewają, że zagrożenie czai się tuż pod cienką warstwą codzienności.

Muszę przyznać, że te lochy kojarzą mi się z kleszczami wbitymi w tkankę rzeczywistości. Pasożytami, które wgryzają się w rzeczywistość i wysysają z niej wszystko, co pozwala im rosnąć. Im bardziej ich głód lęku i żądza posiadania są nakarmione, tym potężniejsze się stają i tym większy, mroczniejszy podświat potrafią zbudować. Brzmi niepokojąco? I bardzo dobrze, bo właśnie takie ma być.

Same straszydła również nie są byle jakimi pokrakami z koszmarów. To istoty, które od wieków odciskają ślady w ludzkiej pamięci, przewijając się przez mity, legendy i dawne opowieści. Mamy więc szaloną kolekcjonerkę wiedzy – Sfinksa (przyznam bez bicia, że akurat Wielką Bibliotekę chętnie odwiedziłabym na własne ryzyko), jest Dziurkacz Czaszek – na szczęście już wyeliminowany z gry – oraz rezydująca pod szpitalem Siostra Skalpel, od której samego wspomnienia przechodzą ciarki po plecach. Nad tym wszystkim unosi się cień pradawnego króla grozy, Władcy Cierni, a gdzieś pomiędzy nimi krąży zupełnie nie słodka i ani trochę niewinna Wróżka Zębuszka oraz tajemniczy Iluzjonista.

Po drugiej stronie barykady stoi Gildia Odnajdywaczy – strażnicy, którzy od pokoleń chronią świat przed tymi kreaturami, zamykając im drogę do naszej rzeczywistości albo eliminując je, zanim zdążą zapuścić korzenie. Problem w tym, że ludzkość już dawno uznała magię za coś, czego należy się bać i co najlepiej spalić razem z właścicielem. Dosłownie. Odnajdywacze musieli więc zejść do cienia i nauczyć się funkcjonować w ukryciu. Oczywiście istnieją też niezrzeszeni łowcy, ale ci często potrafią narobić więcej szkód niż same straszydła – i książka bardzo szybko nam to udowadnia.

No powiedzcie sami – jak tu nie dać się porwać takiej historii?

 

Link do pełnej recenzji: http://alicya.pl/czasami-trzeba-sie-zgubic-zeby-sie-odnalezc/

 

 

Kategorie: Recenzje
Tagi: KROPKA