CHŁOP I SZLACHCIANKA – PREMIERA 19 MARCA

Przegląd

19 marca ukaże się nakładem Wydawnictwa Szara Godzina powieść „Chłop i szlachcianka” nowej autorki w szeregach Szarej Godziny – Wiesławy Bancarzewskiej.
To doskonała lektura dla miłośników literatury obyczajowo-historycznej i dla tych, których pasjonuje ludowa historia Polski. Rozmawiamy z autorką z okazji zbliżającej się premiery.

Witamy Panią serdecznie w gronie autorek Szarej Godziny. Czytelnicy chcieliby zapewne lepiej Panią poznać. Czy mogłaby Pani o sobie opowiedzieć?

Zawsze najbardziej lubiłam prowadzić długie rozmowy albo czytać książki, nic więc dziwnego, że pewnego dnia sięgnęłam po długopis i zaczęłam pisać. Jednak piszę niezbyt często, wyłącznie wtedy, gdy ogarnia mnie przemożna potrzeba opowiedzenia czytelnikom o czymś, co w moim przekonaniu jest ważne.

Nim na kartce pojawi się pierwsze zdanie powieści, przez kilka miesięcy zajmuję się, oczywiście, researchem. Czytam różne publikacje, przesiaduję w archiwum, myszkuję w internecie. Poza tym, jeśli istnieje taka możliwość, szukam ludzi, od których mogę się czegoś dowiedzieć. Dzięki temu wszystkiemu zatapiam się w tematyce i zaczynam prowadzić podwójne życie: swoje własne i drugie – powieściowe.

Dodam jeszcze, że mieszkam w Inowrocławiu i mam trzy koty, a raczej to one mają mnie 😊

19 marca będzie miała premierę książka „Chłop i szlachcianka”. Pierwsza pod szyldem Szarej Godziny, ale nie pierwsza w Pani literackim dorobku …

Tak, do tej pory wydałam trzy książki tworzące trylogię: „Powrót do Nałęczowa”, „Zapiski z Annopola” i „Noc nad Samborzewem”.

I właśnie nowe wydanie „Powrotu do Nałęczowa” ukaże się w maju tego roku. W tej książce zabiera Pani czytelników w lata 30. Powieść „Chłop i szlachcianka” rozgrywa się ponad 200 lat wcześniej. Skąd to zainteresowanie początkiem XVIII wieku?

Ostatnio w Polsce toczy się dyskurs odczarowujący pewien przekaz związany z naszą historią, mianowicie gloryfikację szlachty. Tak się złożyło, że dzieje polskich elit z czasów przed rozbiorami były wielokrotnie opisywane, wręcz opiewane, były też przedstawiane w malarstwie i w filmach. A o chłopach – cicho sza! Chłopi pańszczyźniani to wielcy nieobecni w naszej historii. Na szczęście od niedawno padło na nich światło zainteresowania, zaczęto wydobywać ich w mroków przeszłości. Pojawiły się książki opisujące pańszczyznę, powstał świetny serial „1670”, więc i ja odważyłam się dołożyć swoje trzy grosze.

Bohaterką powieści jest Wera, córka właściciela Jazłowa. Czy taka miejscowość istnieje? Google sobie nie poradziło z wyszukiwaniem…

Akcja mojej książki toczy się w Wielkopolsce. Jazłowo i wszystkie inne nazwy majątków ziemskich są fikcyjne, ale pojawiają się też prawdziwe miejscowości, np. Gniezno, Wągrowiec i Kłecko.

Wera była jak na ówczesne czasy starą panną z marnymi szansami na zamążpójście. Dlaczego?

Na to, że Wera trwała w stanie panieńskim złożyły się dwie przyczyny. Pierwsza – według ówczesnych standardów panna na wydaniu powinna być korna, układna i potakująca, a tych cech mojej bohaterce stanowczo brakuje. Wera była z natury czupurna, miała kąśliwy język i stać ją było na własne, krytyczne opinie w rozmaitych kwestiach. Co prawda we wczesnej młodości trafili się jej dwaj kandydaci na mężów, lecz jeden był starcem, a drugi wdowcem z czeredą dzieci. Żadnego z nich ojciec Wery nie chciał za zięcia. Drugą przyczyną, która zmniejszała szanse Wery na zamążpójście był jej mały posag. Na przełomie XVII i XVIII wieku wielu szlachciców traciło ziemię, biedniało w zastraszającym tempie. Tacy szukali jedynie korzystnego mariażu, więc szerokim łukiem omijali niezbyt zasobne panny.

Z bezpiecznego świata wyrwało ją pewne dramatyczne wydarzenie…

Kiedy przejeżdżała konno przez las, napadli na nią zbójcy. Jeden odarł Werę z ubrania, chciał zgwałcić, a potem prawdopodobnie zabić. Pewien szczęśliwy traf umożliwił jej ucieczkę. Przez dwa dni nago błąkała się po lesie, aż dotarła do nieznanej wsi. Po różnych perypetiach znalazła schronienie w chałupie, gdzie podała się za Weronkę, dziewkę z Jazłowa.

Pobyt w chłopskiej chałupie pokazał jej zupełnie inną stronę rzeczywistości…

Właśnie. Mieszkając z chłopami, z bliska zobaczyła wszechobecny brud, robactwo, łajno na polepie, a przede wszystkim dowiedziała, jak wygląda głód na przednówku, bo razem z chłopską rodziną żywiła się głównie polewką ze zmielonych kłączy perzu. Dopiero po dwóch tygodniach takiego bytowania udało się jej wrócić do domu.

Ojciec, by uspokoić złe języki, wysłał Werę do rodzinnego majątku na końcu świata. Dla wielu panien folwark Naprawka oznaczałby wygnanie. A dla Wery?

Wyjazd do Naprawki był dla niej nie lada gratką. Kochała rodziców, ale ciążyła jej nieustanna rodzicielska kuratela. Poza tym Naprawka stanowiła jej posag, a gdyby tak się stało, że Wera pozostanie niezamężna, ojciec zamierzał w przyszłości przekazać jej ten folwark na własność.

W Naprawce Wera z zapałem zajęła się gospodarzeniem. Objeżdżała z rządcą swoje ziemie, interesowała się inwentarzem, planowała wprowadzić różne zmiany, dzięki którym folwark miał przynosić większe zyski.

W wolnych chwilach wskakiwała na ukochanego konia Bławata i wędrowała przez okoliczne pola i lasy. Pewnego dnia nad jeziorem poznała Marcina…

Spacerując blisko brzegu, ukryta wśród tataraku, zobaczyła nagiego, pluskającego się w wodzie młodzieńca. Nie mogła od niego oderwać oczu, straciła głowę. Zrzuciła z siebie ubranie i podeszła bliżej. Żadne z nich nie widziało kim jest drugie, byli po prostu częścią natury, dwojgiem ludzkich istot w jeziorze.

I okazało się, że jest pełnokrwistą kobietą… Miłość do pańszczyźnianego chłopa sprawiła, że poddała w wątpliwość reguły, według których ją wychowano?

Nie od razu przyszła miłość. Dowiedziawszy się, że młodzieniec jest jej poddanym, Wera wpadła w rozpacz, zdawała sobie sprawę, że zhańbiła dobre imię Jazłowskich. Jednak nie mogła przestać myśleć o Marcinie. Z biegiem dni coraz bardziej lgnęła do niego duszą i ciałem, a wszystkie reguły, według jakich ją wychowano poszły w kąt.

Nie możemy zdradzić, jak historia Wery i Marcina się potoczyła… Ich losy są jednak pretekstem do opowieści o codziennym życiu chłopów pańszczyźnianych i w szlacheckim dworku. Sięgała Pani do źródeł historycznych, może pamiętników, listów?

Tak, oczywiście. Czytałam różne publikacje naukowe o czasach pańszczyzny, np. „Ludową historię Polski” Adama Leszczyńskiego i „Pańszczyznę” Kamila Janickiego. Zagłębiałam się też w naukowe monografie o życiu codziennym w Polsce na przełomie XVII i XVIII wieku. Między innymi o procesie i spaleniu rzekomych czarownic, który odbył się w 1693 roku Wągrowcu, o wiktuałach zgromadzonych w klasztorze cystersów w Wągrowcu, o zabawkach dla dzieci, o słowiańskich wierzeniach i rytuałach, jakie przetrwały wśród chłopów.

W książce ujął mnie też opis niezwykłej więzi Wiery z przyrodą. Pomyślałam, że to echo Pani zamiłowania do natury…

W opisywanych czasach natura była wszechobecna, była nieodłączną częścią życia każdego człowieka, tym bardziej dla Wery, dziewczyny wrażliwej i czułej.

Czy pracuje Pani nad kolejną książką?

Tak, piszę powieść, której nadałam roboczy tytuł „Sebastian j jego bracia”. Tym razem akcja toczy się pod koniec XIX wieku, a bohaterami są trzej młodzi mężczyźni. Realia jakie przedstawiam są zgodne z rzeczywistymi, panującymi wówczas w Polsce, z tą różnicą, że opisuję świat alternatywny – taki, w którym od zarania dominują kobiety.

Dziękuję za rozmowę
Magda Kaczyńska

Kategorie: Literatura, Wywiady