"Z dużym zdziwieniem przeczytałem w raporcie Beaty Stasińskiej o stanie czytelnictwa jej opinie dotyczące podręczników szkolnych"

"Z dużym zdziwieniem przeczytałem w raporcie Beaty Stasińskiej o stanie czytelnictwa jej opinie dotyczące podręczników szkolnych"
LIST OTWARTY DO BEATY STASIŃSKIEJ, OBYWATELKI KULTURY

W sobotę (11.XII.2010) odwiedziłem kongres lub spotkanie Obywateli Kultury (Kino „Kultura”) jako obserwator i człowiek kultury (pracuję w kulturze od ponad 30 lat). Spotkanie to miało ustanowić Pakt dla Kultury, propozycję dla ministerstwa kultury, by przeznaczało minimum 1% PKB na kulturę. Propozycja mało kontrowersyjna, nawet minister Zdrojewski (minister MKiDN) kilka dni wcześniej, podczas (konkurencyjnej?) imprezy „Republika Książki” przyznał, iż 1% to jego marzenie, w ubiegłym roku nawet zbliżył się do jego realizacji (wydał 0,88% PKB).

Wysłuchałem wstępu Michała Zadary, który równie efektownie jak podczas ubiegłorocznego Kongresu Kultury pytał retorycznie, kto z obecnych na sali jest przeciw kulturze i równie spektakularnie potwierdził, że nie tylko na sali, ale i poza nią nie znalazł nikogo, kto byłby przeciw kulturze. Trudno było się spodziewać innej odpowiedzi, bowiem na salę zostali zaproszeni (lub zgłosili się) tylko ludzie kultury.

Wystąpiła też Beata Stasińska, inicjatorka i współorganizatorka Kongresu, do której adresuję niniejsze słowa. Beata jest moją koleżanką w trojakim sensie – po pierwsze, razem studiowaliśmy polonistykę pod koniec lat siedemdziesiątych, po drugie, wybraliśmy podobną drogę kariery zawodowej – zostaliśmy wydawcami książek (ja podręczników, Beata – literatury pięknej, zwłaszcza polskiej – WAB). Po trzecie, oboje poczuwamy się do bycia Obywatelami Kultury, wspólnie walczymy o zerowy VAT dla książek, wzrost czytelnictwa, ustawę o książce itd. Beata w swym wystąpieniu zgłaszała postulaty równie mało kontrowersyjne – zwłaszcza że MEN powinno wprowadzić w znacznie szerszym stopniu lekcje biblioteczne i wychowania do kultury. Zgoda. MEN moim zdaniem powinno także wprowadzić obowiązek odwiedzania przez wszystkie klasy pobliskich księgarń i wydawnictw, by dzieci i młodzież lepiej poznały problemy powstawania i sprzedaży książek i docenić intelektualny wysiłek konieczny do stworzenia książki.

Z dużym zdziwieniem jednak przeczytałem w raporcie Beaty Stasińskiej o stanie czytelnictwa (dołączonym do materiałów kongresu) jej opinie dotyczące podręczników szkolnych. Zacytuję je /in extenso/, by ich przypadkiem nie zniekształcić. Autorka raportu najpierw przywołuje świetlany przykład USA, gdzie „książki i podręczniki są objęte systemem zakupów do bibliotek szkolnych według zasady ich wieloletniego obrotu. Dzięki temu, że z jednego podręcznika korzysta kilka roczników dzieci, możliwe są duże oszczędności na zakup lektur. W Polsce należy ponadto stworzyć szczelny i efektywny system selekcji i zakupu podręczników szkolnych, które tworzyłyby dostępny publicznie i aktualizowany kanon. Kanon ten wynikałby ze świadomej polityki edukacyjnej ministerstwa, a nie dyktatu wydawców.”

W tym krótkim akapicie mieści się tak dużo groźnych dla kultury pomysłów, że warto zatrzymać się przy nim bliżej. Swoją drogą nigdy by mi do głowy nie przyszło, iż będę musiał odgrzewać argumenty przeciw koalicji PiS, LPR i Samoobrony z lat 2005-2007 – i to wobec światłej i szanowanej koleżanki z branży wydawniczej. Duch Giertycha przejawia się w najbardziej niespodziewanych postaciach…

Po pierwsze Beata Stasińska proponuje, by książki i podręczniki były objęte systemem zakupów do bibliotek szkolnych – domyślam się, że przez państwo, bo na pewno nie przez rodziców i nie przez sponsorów. I tu pierwsza uwaga. Dziś rynek podręczników jest wart nieco mniej niż jeden miliard złotych, przy czym wobec zjawisk odkupu książek używanych oraz
tzw. „niekupu” (tzn. niekupowania w ogóle podręczników przez młodzież) wydawcy edukacyjni oceniają, iż ten 1 mld zł to zaledwie połowa rynku. Krótko mówiąc, gdyby rząd zdecydował się na jednorazowy zakup wszystkich podręczników dla wszystkich uczniów, musiałby przeznaczyć na to ponad dwa miliardy złotych. Potem wydatki roczne na podręczniki stanowiłyby od kilku do kilkudziesięciu procent tej kwoty, w zależności od stopnia ich zużycia.

Z jednego podręcznika ma korzystać kilka roczników dzieci – pisze dalej Beata Stasińska. Jest oczywiste, że rynek wydawców nie przeżyłby takiej operacji – nie można utrzymywać stałej liczby pracowników i współpracowników i pokrywać kosztów stałych, mając kilka lub kilkanaście procent normalnego rocznego dochodu. Tu możliwości są dwie – albo przetrwa najwyżej jedno wydawnictwo (choć to też trudno sobie wyobrazić), albo funkcje wydawcy przejmie na siebie państwo (oczywiście podziecając prace). Tu przykładu nie trzeba długo szukać – taki proces dokonuje się właśnie w Norwegii. Rząd socjalistyczny, już w drugiej kadencji, najpierw zakupił podręczniki do bibliotek szkolnych (obroty
wydawców edukacyjnych spadły natychmiast o ponad 50% – a dlatego tylko tyle, że eksperyment dokonywał się nie na wszystkich poziomach edukacji), a następnie wprowadza (stopniowo w różnych regionach kraju) przymusową wymianę podręczników papierowych na elektroniczne. Rząd staje się jednocześnie wydawcą, dostarczając materiały edukacyjne do
tworzonych przez siebie platform. Protestują przeciw temu zarówno uczniowie, jak i nauczyciele – jedni nie chcą ani uczyć się tylko z Internetu, drudzy przeprowadzać każdej lekcji wyłącznie online – mówi się już o powrocie wydawcy i książki drukowanej, jako konieczności…

Można oczywiście powiedzieć, że nikogo nie zmartwi upadek jednej grupy zawodowej, jeśli będzie za tym stał pożytek społeczny. Problem polega na tym, że nie będzie stał. Państwo nie jest dobrym biznesmenem, nie jest też najbardziej ekonomicznym pracodawcą. Warto na chwilę uruchomić wyobraźnię – czy państwo zdążyłoby na czas wyprodukować podręczniki dokolejnych reform edukacji? Wątpię. Jest też oczywiste, iż państwo jako wydawca ograniczyłoby się do jednego podręcznika z każdego przedmiotu, w pełni kontrolując jego treści. I tu wracamy do Giertycha i niesławnych lat 2005-2007. Walcząc z koalicją PiS, Samoobrony i LPR walczyliśmy nie tylko o życie jednej grupy zawodowej. Walczyliśmy o jakość podręczników, a tym samym o jakość edukacji, a także o niezależność edukacji od polityki i jednostronnej interpretacji literatury i historii. Nie chcę przywoływać raz jeszcze argumentów o wyższości wolnej konkurencji nad
państwową dekretacją, jeśli chodzi o jakość, a także o zmniejszanie koniecznych kosztów.

Wróćmy jednak do argumentów Beaty Stasińskiej. Uważa ona, ze państwo zaoszczędzając na podręcznikach trzymanych w bibliotekach, więcej przeznaczy na zakup do bibliotek szkolnych literatury pięknej. Strasznie to naiwne myślenie. Dziś państwo wydaje wyłącznie na tzw. „wyprawkę szkolną”, czyli na podręczniki dla najbiedniejszych dzieci z kilku roczników – resztę pokrywają rodzice. W systemie wymyślonym przez Beatę Stasińską państwo łożyłoby na podręczniki dla wszystkich dzieci – a więc nie oszczędzałoby, a wręcz przeciwnie. Ale nawet gdyby było tak, jak sobie marzy Beata – mieliśmy próbkę takiego myślenia podczas dyskusji z rządem w sprawie podwyżki VATu na książki. Wydawcy i księgarze argumentowali, ze państwo będzie teraz miało teraz większe dochody z sektora książki i że powinno je przeznaczyć na tenże sektor. Minister
Michał Boni, wszak polonista i intelektualista, z całą szczerością odpowiadał, iż w nowoczesnym państwie nie ma reguły proporcjonalności przychodów i wydatków, jeśli chodzi o poszczególne grupy zawodowe, poza tym mamy tak dużo potrzeb poza książką, iż pieniądze uzyskane z VATu na książki przydadzą się w setkach innych miejsc i branż. W jednej zatem
tylko sytuacji możemy sobie wyobrazić spełnienie marzeń Beaty Stasińskiej – gdyby to ona osobiście decydowała o redystrybucji środków pochodzących z takiej „oszczędności”.

Najbardziej jednak przerażają mnie dwa ostatnie zdania tak krótkiego wszak akapitu z tekstu Beaty Stasińskiej. Zacytuję je jeszcze raz: „W Polsce należy ponadto stworzyć szczelny i efektywny system selekcji i zakupu podręczników szkolnych, które tworzyłyby dostępny publicznie i aktualizowany kanon. Kanon ten wynikałby ze świadomej polityki edukacyjnej ministerstwa, a nie dyktatu wydawców.” Jak wyraźnie widać, Beata Stasińska chce stworzenia „kanonu” podręczników szkolnych, tworzonego i kontrolowanego przez państwo (którym przecież rządzą różne ekipy i różne obozy polityczne). Tu pobrzmiewają nie tylko idee Giertycha, to również pomysły znane nam sprzed ponad 30 lat. „Dyktat wydawców” brzmi szczególnie groźnie – to widocznie banda łobuzów, których ciemne interesy stoją w jaskrawej sprzeczności z interesem
społecznym…

Jest mi niesłychanie przykro, iż muszę wymieniać tak oczywiste argumenty nie z politykiem, ale z koleżanką z tej samej branży. Zdaje się ona nie rozumieć podstawowej prawdy, jaka dociera obecnie do wydawców norweskich, ale niestety z całą jej grozą – osłabienie lub zanik sektora edukacyjnego w kraju oznacza osłabienie całego sektora książki. W Polsce
podręczniki to ponad 1/3 całego rynku książki, i tak niesłychanie słabego. Wraz z realizacją politycznych planów Beaty Stasińskiej padłoby mnóstwo hurtowni i księgarń (ile księgarń wytrzyma zanik 30% ich obrotu? Kto wtedy będzie niósł kulturę w małych miejscowościach?), a kultura polska wcale nie byłaby dzięki temu bogatsza.

Krótko mówiąc, nie odpowiada mi sytuacja, w której jeden Obywatel
Kultury chce zaprowadzić swoje własne porządki kosztem innych Obywateli
Kultury. Z takiego państwa szczęśliwie wyszliśmy w 1989 roku i ja przynajmniej nie chcę do niego wracać.

Piotr Marciszuk
Obywatel Kultury
Wydawca edukacyjny
Prezes Polskiej Izby Książki 

Kategorie: Inne

Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/wirtua/domains/wirtualnywydawca.pl/public_html/wp-content/themes/waszww-theme/includes/single/post-tags.php on line 4

Skomentuj

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować.