Aneta Jadowska ma dla Was niespodziankę pod choinkę. Wywiad z autorką „Dyni i jemioły”

Przegląd

Święta obsypane cukrem pudrem? Rozmowa z Anetą Jadowską, autorką najpyszniejszej książki tej zimy. „Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne” do kupienia już wkrótce. Przedstawimy również plan trasy spotkań – sprawdźcie, gdzie będzie można spotkać autorkę!

Słodkie i ostre, romantyczne i całkowicie nieprzewidywalne. Opowiadania ze świata Thornu są jak czekoladki w doskonale skomponowanej bombonierce. Nie poprzestaniesz na jednym.

Dynia i jemioła” – w sprzedaży od 14 listopada, a przed premierą będziecie mogli kupić ją na krakowskich Targach Książki (stanowisko D32, hala Wisła). Fragment do przeczytania na stronie Wydawnictwa SQN.

Aneta Jadowska odwiedzi kilka miast w Polsce. Zapiszcie sobie te daty!

Czwartek 15.11Poznań

Piątek 16.11 – Warszawa

Sobota 17.11 – Łódź

Wtorek 20.11 – Szczecin

Piątek 23.11 – Bydgoszcz

Sobota 24.11 – Gdańsk

Piątek 30.11 – Katowice

Specjalnie dla Wydawnictwa, rozmowa z Anetą Jadowską. Poznajcie bliżej autorkę!

Pokłady świątecznego ducha

Gdybyś mogła wybrać zupełnie inny zawód, gdybyś miała nie być pisarką, kim byś była? 

Nie wiem. Może dalej wykładałabym literaturę współczesną na uczelni. Albo robiła coś kompletnie innego. Na szczęście dla mnie, nie potrzebuję wymyślać alternatywnej nitki tej fabuły. Bohaterka jest dokładnie w tym miejscu, w jakim chciałam, by była.

Jaka jest Twoja historia? Kiedy byłam mała, marzyłam, żeby zostać… Czy już sześcioletnia Anetka chciała tworzyć powieści?

Miałam niewiele więcej lat, gdy zaczęłam pisać swoje historyjki z własnoręcznie narysowanymi okładkami. Ale, co może dziwne, wcale nie myślałam o tym, że będę pisarzem, czy precyzyjniej – tylko pisarzem. Bardzo długo chciałam być archeologiem, zastanawiając się, czy egiptologiem, czy bardziej paleontologiem.

Gdy nieco podrosłam, chciałam być dziennikarką, ale taką poważną jak Robert Redford we Wszystkich ludziach prezydenta. Dziś nie ma za wielu takich dziennikarzy i takich filmów, tylko Spotlight mi się kojarzy podobnie. Pociągał mnie teatr, ale też kryminalistyka. Ciężko to pogodzić w ramach jednej kariery. Chyba że pisarskiej; jedna, by wszystkie połączyć.

To idealny zawód dla kogoś, kto, jak ja, ma znacznie więcej niż jedną życiową pasję.

Wierzyłaś w Świętego Mikołaja?

Nie sięgam pamięcią aż tak daleko. Za to pamiętam doskonale ulubioną zabawę moją i mojej siostry, gdy byłyśmy jeszcze całkiem małe – szukanie miejsca, gdzie mama ukryła prezenty. Z roku na rok mama podnosiła poprzeczkę, wykazując się sporą pomysłowością, a my przez kilkanaście dni przed świętami przeszukiwałyśmy skrupulatnie dom. Satysfakcja, gdy się udawało była ogromna i kompletnie nie zmniejszała radości z prezentu, który i tak dostawałyśmy dopiero w gwiazdkę. Byłam mistrzem przeszukań. Ale jednego roku mama nas przechytrzyła. Prezenty były na dnie kosza na pranie, w piwnicy.

Co do małych rytuałów. Pisarz pracuje na zawołanie – czy raczej musisz mieć swoje, szczególne, odpowiednie warunki? Jakie są rzeczy, z których nie zrezygnujesz?

Na pewno nie czekam na wenę i natchnienie, bo pewnie wciąż bym dukała pierwszą powieść. Pasja i dyscyplina – to są moim zdaniem dwa najważniejsze elementy pisania. Dyscyplina jest konieczna, bo to są długie tygodnie i miesiące przy komputerze, solidne dupogodziny pisania, poprawiania, redagowania. Dzięki pasji, nawet jeśli to bywa męka, to wciąż chce się to robić. To pasja daje siłę i energię do pracy.

Staram się pisać codziennie. Nie cierpię tego momentu, kiedy po kilkudniowej nawet przerwie wracam do pisania i wszystko znowu jest trudniejsze, słowa stawiają opór, a między mną a moim światem, bohaterami i historią jest bariera, którą od nowa muszę pokonać.

Robię dużo notatek ręcznie. Są badania dowodzące, że pisanie ręcznie pobudza kreatywną część mózgu i potwierdzam, że to działa. Notesy, pióra, atramenty, śliczne materiały papiernicze to te detale, które dodają mojej pracy koloru i przyjemności.

Zanim się zabiorę za pisanie, robię research, który zajmuje często wiele tygodni i miesięcy. Mnóstwo książek, czasu w sieci, filmów, muzyki pasującej mi do klimatu tego, co chcę napisać. Potem robię mnóstwo notatek. Dopiero wtedy jestem gotowa do pisania. Ten okres inkubacji jest konieczny, by mi wszystko w głowie sfermentowało, poukładało się, wyłonił się obraz z chaosu.

Pisarz: zawód czy raczej pasja i pracoholizm w jednym? 

Zawód, pasja i pracoholizm. Po co wybierać? Zawód, bo to dosłownie to, co robię zawodowo i to, jak zarabiam na życie. Pisanie to czynność generująca dochód, z którego się rozliczam w Urzędzie Skarbowym, więc oczywiście, że zawód. Ale przecież to tylko jedna strona. Gdyby nie było w tym pasji – znalazłabym sobie coś łatwiejszego, pewniejszego i mniej stresującego niż pisanie powieści.

Treser pcheł spełnia kryteria stabilnej i dochodowej pracy bardziej niż pisanie. Pracoholizm jest najmniej zdrowym elementem tej triady i od jakiegoś czasu staram się go ograniczać, bo na dłuższą metę nikomu nie służy przesada.

Zostawiasz sobie chwilę odpoczynku od pracy na celebrowanie świąt?

Rzadko robię wielką przerwę w pracy, nie odcinam się od niej grubą linią. Często właśnie w święta i tuż przed nimi piszę opowiadania, które pomagają mi odkryć w sobie pokłady świątecznego ducha. Kilka z nich trafiło do Dyni i jemioły. Lubię tą puchatą i przyjazną otoczkę świąt, światełka, pierniczki, czekoladę, cały dzień we flanelowej piżamie z książkami czy komediami. Już w połowie listopada zaczynam słuchać płyt świątecznych i wchodzę w nastrój na całego!

Wolisz Halloween czy raczej polskie Zaduszki?

Lubię Halloween, lubię jego żywiołową i entuzjastyczną mieszaninę strachów, zabawy, sacrum i profanum. Lubię to zamieszanie, które wnoszą w poukładaną codzienność. Lubię tą atmosferę styku i cienkiego welonu. I lubię to, że potwory, brzydota i to, co zwykle wykluczone, ma swoje miejsce w rzeczywistości, choć na chwilę. Zaduszki mają kompletnie inną energię, wspomnieniową i refleksyjną. I moim zdaniem nie trzeba wybierać. To się nie wyklucza.

W magicznym świecie Twoich bohaterów też jest miejsce na święta, lecz czy one są takie same jak u „zwykłych człowieków”?

Stanowczo jest miejsce na święta, ale to prawie nigdy nie są zwyczajne święta. Pasują do nich, są równie pikantne, intensywne, czasem zabawne, czasem przytulne, innym razem zagrażają życiu i są momentem, kiedy potwory chodzą między ludźmi. Właśnie o tym jest Dynia i jemioła – wszyscy zasługują na święta, a święta dopasowują się do tych, którzy je celebrują.

Które święta są Twoimi ulubionymi – lub najmniej ulubionymi? A może wolisz mniejsze okazje i obchodzisz swoje własne, codzienne „małe święta”, bez ciśnienia na to, aby ozdabiać drzwi plastikowymi kurczaczkami czy dołączać do grona kolędników kursujących po galeriach w sezonie bożonarodzeniowego zakupowego szału?

Szczerze, nie lubię dużych zbiegowisk ludzkich, więc wszystkie święta wiążące się z dzikim tłumem lekceważę po całości. Prezenty zaczynam kupować we wrześniu, by tego ostatniego dzikiego pędu uniknąć. Nie obchodzę też większości świąt związanych z konkretnymi religiami, bo zwyczajnie nie jestem religijna. Święta mają dla mnie wymiar rodzinny, spotkań z przyjaciółmi, pamięci i bliskości, na którą może nie być czasu w szybkim tempie codzienności. Religijny wymiar nie jest mi tu do niczego potrzebny.

Jestem fanką wybierania i świętowania dni, które sprawiają nam radość i wprowadzają celebrację, która wzbogaca życie. I naprawdę nie ma tu znaczenia, czy ktoś będzie świętował Dzień Kota czy święto religijne czy patriotyczne, jeśli taki właśnie ma na niego wpływ.

Intensywnie obchodzę jesień – to mój ukochany sezon. Obchodzę kilka świąt pogańskich, jak Równonoc czy Samhain. Ważne jest dla mnie mentalnie przejście z jednego roku na kolejny, choć nie obchodzę tego w tradycyjnie huczny sylwestrowy sposób, bo to dla mnie czas refleksji i podsumowań.

Jestem też fanką nowych, świeckich świąt, jak Pi-Day, czyli 14 marca jako światowy dzień oglądania Dumy i uprzedzenia i jedzenia ciasta (Pride and Prejudice [koniecznie miniserial BBC z 1995] and Pie Day). Świętuję też z wielką radością islandzkie Jólabókaflóðið, świąteczną powódź książkową, czyli 26 grudnia cały dzień czytam książki, które dostałam pod choinkę – a zawsze jest ich sporo. Wszyscy powinniśmy dbać o odpowiednią ilość dni, które sprowadzają się do pielęgnowania siebie i radosnego odpoczynku w gronie najbliższych.

Sposób na kłopotliwe święta i rodzinne spędy, które nie są czystą przyjemnością – uświadczymy jakichś metod w Dyni i jemiole?

Myślę, że patronką tych, którzy potrzebują sił, by przetrwać święta, jest Malina z opowiadania „Coś się skrada cichą nocą”. Kocha swoją rodzinę, ale w dużych ilościach bywa ona wyzwaniem. Zupełnie innym niż patologiczna rodzina Nikity czy wielorasowa rodzina Dory Wilk, dla której przetrwanie świąt bywa wyzwaniem wymagającym dyplomacji i siły fizycznej. Choć, jak podejrzewam, bliższej rodzinom wielu moich czytelników – kochaną, ale intensywną, wymagającą i ciężkostrawną w dużych dawkach.

Czy Dynia i jemioła może być pierwszą książką dla osób, które jeszcze nie znają Twoich postaci?

Z dziesięciu opowiadań tylko jedno – Samhain w Sawie – jest ściśle połączone z powieściami. Jest łącznikiem między Dziewczyną z Dzielnicy Cudów a Akuszerem Bogów. Historia spłaty długu, jaki Nikita zaciągnęła w pierwszym tomie. Wszystkie pozostałe, nawet jeśli łączą się jakoś z innymi historiami, nie zawierają spoilerów. Wszystko więc wskazuje na to, że to całkiem niezły początek przygody z bohaterami Thornverse. Myślę, że dobra zabawa gwarantowana – każdy powinien znaleźć tam coś dla siebie.

Rozmawiała: Karolina Michałowska

Kategorie: Literatura, Wywiady
Tagi: SQN