Dyskusje wokół egzemplarza obowiązkowego

Dyskusje wokół egzemplarza obowiązkowego
 
Prezentujemy treść komunikatu PIK, opublikowanego po poniedziałkowym spotkaniu wydawców z bibliotekarzami w sprawie budzącego coraz większe kontrowersje egzemplarza obowiązkowego:
 
W poniedziałek  15 marca 2010 roku odbyło się wspólne spotkanie bibliotekarzy i wydawców w sprawie egzemplarza obowiązkowego. Temat EO został przez dyskutantów potraktowany bardzo szeroko i wielowątkowo. Dyskusja była chaotyczna, poszczególne wątki były mieszane, mylone, argumenty błędnie interpretowane. Należałoby ten chaos ogarnąć i podsumować dyskusję w sposób uporządkowany. Pozwolę sobie przedstawić w skrócie takie podsumowanie wraz z przemyśleniami, które nasunęły mi się podczas jego tworzenia.

Egzemplarz obowiązkowy

W tym obszarze wyodrębniły się trzy tematy:
1.    koszty wydawców z tytułu EO,
2.    waga EO dla bibliotek,
3.    EO papierowy a EO elektroniczny.

W trakcie dyskusji pojawiły się rozbieżności, czy należy te tematy traktować łącznie, czy rozdzielnie. Po uporządkowaniu wyłania się następujący obraz stanowiska wydawców w tych trzech tematach:

1.    Według wydawców obecny sposób funkcjonowania EO to dodatkowa, pozakonstytucyjna danina publiczna. Niezależnie od liczby i formy przekazywanych bibliotekom EO oraz kosztów ich przekazania, to nie wydawcy powinni ponosić te koszty. Najprostszym rozwiązaniem problemu jest prawo odpisania tych kwot od podatku.
Większość bibliotekarzy wydawała się rozumieć ten punkt widzenia. Co prawda oni też ponoszą wiele wydatków związanych z EO, jednak stanowią one koszt podatkowy, czego właśnie domagają się wydawcy.
Podnoszony przez niektórych argument, że koszt wydawców z tytułu EO, szacowany na 11 mln zł, stanowi ułamek wartości rynku książki nie powinien być w ogóle brany pod uwagę. W obecnej formie pieniądze te są darowizną na rzecz państwa, do której wydawcy mogą mieć prawo, ale na pewno nie może ona być ich obowiązkiem.
Jeśli powyższy postulat zostanie zrealizowany, wydawcy deklarują możliwość przekazywania bibliotekom dowolnej liczby egzemplarzy obowiązkowych w dowolnej postaci (papierowej bądź elektronicznej).

2.    Bibliotekarze wyrazili obawę, że ograniczenie liczby EO zamknie jedną z dróg do powiększania ich zbiorów. Jest to obawa o tyle nieuzasadniona, że nikt nie mówi o ograniczeniu całkowitej liczby EO, a jedynie o zamianie EO papierowych na EO elektroniczne. Byłoby to korzystne dla bibliotek, gdyż – jak zgłaszali bibliotekarze – koszty katalogowania i przechowywania egzemplarzy papierowych są niebagatelne.

3.    Zakładając, że cały proces przekazania e-EO do repozytorium BN i jego udostepniania wybranym bibliotekom będzie odpowiednio zabezpieczony (o tym poniżej) oraz że w każdej z tych bibliotek (niezależnie od liczby zainstalowanych terminali) jednoczasowo będzie można uzyskać jeden dostęp do e-EO, jako jeden z sygnatariuszy stanowiska Sekcji Publikacji Elektronicznych jestem się w stanie zgodzić na takie rozwiązanie. Tak naprawdę przy powyższych założeniach różni się ono niewiele od stanu obecnego.
Jednak wydawcy, którzy nie chcieliby przystąpic do takiego systemu, powinni zachować prawo do przekazywania bibliotekom egzemplatzy papierowych. Kwestią do dyskusji byłaby digitalizacja tych zasobów w celu archiwizacji i ochrony dziedzictwa narodowego.

Zabezpieczenia oferowane przez Bibliotekę Narodową

    Wydawcy podnieśli kwestię zabezpieczeń repozytorium BN i kanałów komunikacyjnych z nim związanych. Dyrektor BN Tomasz Markowski zapewnił, że takie repozytorium już działa i jest odpowiednio zabezpieczone oraz że niektórzy wydawcy już z niego korzystają. W komunikacie PIK z dnia 25.01.2010 czytamy, że repozytorium to działa od kwietnia 2009. Jednak w dokumencie znajdującym się w serwisie PIK tuż obok tego komunikatu, zatytułowanym „Bezpieczeństwo zbiorów cyfrowych w systemie BN”, wszystkie informacje na ten temat sformułowane są w czasie przyszłym: „zbiory będą zabezpieczone”, „procedury zostaną wypracowane”, „bezpieczeństwo danych będzie zapewnione”, „proponowana konfiguracja sprzętowo-programowa”.  Wizja opisana w tym dokumencie faktycznie wskazuje na wysoką jakość docelowego poziomu zabezpieczeń repozytorium BN. Jednak wydawcy przed udostępnieniem czegokolwiek Bibliotece Narodowej chcieliby dowiedzieć się, jak wygląda stan faktyczny tych zabezpieczeń – co jest wdrożone, a co dopiero w fazie planowania. Ponadto, skoro są wydawcy, którzy już przekazują swoje treści do repozytorium BN, powinniśmy poprosić ich o opinię na temat całości tej współpracy i ich poczucia bezpieczeństwa.
Abstrahując od obecności zabezpieczeń w BN lub ich braku, należy zdać sobie sprawę z prawdopodobieństwa „wycieku” treści do Internetu w zależności od kanału dystrybucji.
W cyfrowych bibliotekach pomiędzy warstwą przechowywanych treści a użytkownikiem znajduje się jeszcze warstwa systemu bibliotecznego, który wprowadza dodatkowe zabezpieczenia, uniemożliwiające użytkownikowi wiele działań sprzecznych z prawem autorskim. Przede wszystkim zaś nie pozwala na zapisanie pliku z całością książki na komputerze czytelnika. Dużo trudniejsze jest zabezpieczenie sprzedawanych e-booków, bo tam czytelnik pobiera kompletny plik z publikacją. Taki plik może następnie zostać poddany obróbce powodującej usunięcie zabezpieczeń – co nie jest możliwe w przypadku dostępu on-line do biblioteki. Tak więc należy przyjąć, że prawdopodobieństwo utraty kontroli nad rozpowszechnianiem publikacji jest znacznie większe w przypadku sprzedaży wersji elektronicznej niż umieszczenia jej w e-bibliotece. Co prawda obecnie przeważająca większość „piraconych” książek nie pochodzi ani z wycieku z e-biblioteki, ani ze złamania zabezpieczeń e-booka, a są to po prostu zeskanowane książki papierowe. Jednak intensywnie rosnąca liczba e-booków oraz ciągłe – i często udane – próby łamania wszelkich zabezpieczeń dają jasną sugestię, że w przyszłości ten kanał dystrybucji – a nie biblioteka cyfrowa – będzie głównym źródłem nielegalnych kopii.
Obraz rynku książki po digitalizacji
W trakcie dyskusji bibliotekarze wyrazili obawę, że wydawcy traktują ich jak konkurencję, a są oni przecież w rzeczywistości promotorami czytelnictwa (mimo że ze strony wydawców wcale taki zarzut nie padł). Otóż i tak i nie. Pełna zgoda co do promocji czytelnictwa. Jednak jest też druga strona medalu. W przypadku książki papierowej wypożyczanej czytelnikowi przez bibliotekę średnio na dwa tygodnie, w ciągu roku książkę przeczyta najwyżej 26 osób. Najprawdopodobniej nie kupią już one tej książki – a więc o maksymalnie tyle zostaje uszczuplony rynek wydawcy przez jedną bibliotekę. W przypadku e-książki i e-biblioteki, przy sprawnie rozwiązanym systemie kolejkowania, rezerwacji i udostępniania on-line na dowolnym komputerze w Internecie (a właściwie tylko taki system biblioteczny ma sens, co pokazuje funkcjonowanie bibliotek akademickich), przy zapewnieniu oczywistego założenia, że wypożyczana jest jednoczasowo  liczba egzemplarzy równa liczbie zakupionych licencji, użytkownik może zmieniać się nawet co godzinę. Naturalnie nie będzie to dotyczyło beletrystyki czy albumów, za to na pewno podręczników, książek i czasopism naukowych itp. Zakładając jednak, że swoją potrzebę czytelniczą dotyczącą jednej książki zaspokoi choćby trzy osoby dziennie, daje to dla jednej biblioteki prawie 1100 osób rocznie, które najprawdopodobniej nie kupią tej książki. To czterdziestokrotnie więcej niż w przypadku książki papierowej. Oczywiście nie każda książka cieszy się aż taką popularnością, ale czy nie należałoby zastanowić się nad skalą tej zmiany? Jak w takim razie utrzymać inicjatywy typu iBook? Czy nie zabije to całkowicie sprzedaży e-książek niszowych, adresowanych do wąskiego grona odbiorców? Czy wobec tego e-biblioteki przyniosą wydawcom więcej pożytku czy strat? Przytoczone powyżej obliczenia są jedynie hipotezą, ale pytania pozostają.
Jeden z wydawców zadał fundamentalne wręcz pytanie, gdzie w przyszłości będzie przebiegać granica między modelem biznesowym wydawców bazującym na e-książce a wizją cyfrowej biblioteki udostępniającej bezpłatnie treści on-line. Skoro będzie kilkanaście bibliotek udostępniających e-EO, skoro wiele bibliotek kupi licencje w celu udostępniania treści swoim czytelnikom, czy ktokolwiek będzie jeszcze potrzebował kupić e-booka? Czy może w tej sytuacji biblioteki staną się jedynymi klientami wydawców? Pozostaje nadzieja na sprzedaż książek papierowych…
W dyskusji na temat zabezpieczeń systemów bibliotecznych padł ze strony bibliotekarzy przykład szerokiego dostępu on-line do wielu czasopism naukowych, do których biblioteki akademickie wykupują odpowiednie licencje. Na pewno jest to dobry przykład rozwiązań technologicznych, chroniących treści objęte prawem autorskim. Może jednak wydawcy powinni powinni wyciągnąć z niego także inne wnioski i zacząć pobierać równie wysokie opłaty licencyjne za możliwość bezpłatnego udostępniania swoich treści przez biblioteki? A przede wszystkim jak miałby się do tego e-EO? Wracamy do punktu wyjścia?

Rozmawiamy, dyskutujemy, spieramy się. Czy jednak przypadkiem zagrożenia nie leżą gdzie indziej?

Przedstawione podsumowanie jest opisem zdecydowanie subiektywnym, opatrzonym dodatkowymi dygresjami, absolutnie nie może więc pretendować do rangi stanowiska kogokolwiek poza autorem. Mam jednak nadzieję, że prowokując do przemyśleń i zadając trudne pytania przyczyni się ono do wypracowania jednolitego stanowiska wydawców w tak istotnych dla całego naszego środowiska sprawach.

 
Piotr Sagnowski
Kategorie: Inne

Skomentuj

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować.